This is additional content area. Learn more
Na Placu Szembeka, miałem taki ładny kożuszek, taki biały, czapkę, taki wyszywany zakopiański – no wyglądałem na, mimo że byłem chorowity – ale wyglądałem na takiego zadbanego, zdrowego dzieciaka. Pyzatego. I jak szliśmy koło tego kościoła spotkaliśmy taką grupę jakichś korespondentów niemieckich, oficerów lotniczych. No i oni tak nas minęli, bo tak naprzeciwko żeśmy siebie szli. Minęli minęli nas i stanęliśmy – no, pamiętam to – i oni stanęli po minięciu nas, coś tam szwargotali. No i tam do matki jeden podszedł i taką łamaną polszczyzną spytał, czy on może zrobić zdjęcie małemu. Trudno matce było powiedzieć, że, że nie może no… proszę. No i tam ustawili mnie, zrobili jakieś zdjęcia. Być może, że byłem jako reklama tej pol… tego dziecka polskiego, który tam w czasie tej okupacji ciężkiej niemieckiej wyglądał tak, jak wyglądał, no. W każdym bądź razie zrobili mnie… tego… „danke, danke”. Ja tam byłem tak nauczony, że szurnąłem nóżką, ukłoniłem się, powiedziałem „dziękuję”. No i matka – już oni odeszli, my żeśmy odeszli – i matka do mnie mówi : „słuchaj, co ty tak do nich, to są Niemcy”. Dla mnie to było jeszcze abstrakcyjne pojęcie. Po prostu – no wiedziałem , że jak coś – mam podziękować, no to… to muszę to zrobić w jakiejś formie takiej, jak mnie nauczono.
