Tuż przed wybuchem powstania, gdzieś chyba w lipcu, pojechaliśmy z babcią moją – na tak zwane „letniaki” się wtedy jeździło – pod Warszawę do Otwocka pojechaliśmy. I tam się wynajmowało jakiś pokój, tam w willi i niby świeże powietrze. Pojechaliśmy w lipcu, w sierpniu wybuchło powstanie. I ja byłem tam z babcią, ale ostatniego dnia lipca matka przyjechała do nas, bo my mieliśmy być dwa miesiące: lipiec, sierpień. Ale przyjechała do nas, żeby nas zabrać do Warszawy, bo coś już tak było słychać, że coś się źle dzieje, że już tam były wiadomości, że powstanie niedługo ma wybuchnąć. No i że bezpieczniej będzie jak będziemy wszyscy na Grochowie w Warszawie. No i matka przyjechała i tego…i następnego dnia wybuchło powstanie. Kolejka przestała jeździć, no i zostaliśmy zatrzaśnięci w tym Otwocku. Matka przywiozła pensję, no więc tak na pierwsze dni to starczyło. No ale potem zaczął być problem jak żyć nadal, no więc tam sprzedała, miała jakąś porządną sukienkę, obrączkę, pierścionek, jakieś tam… Ale to tak jak potem opowiadała, no to – to jakieś grosze – no bo, no trochę żerowali ci, ci mieszkańcy na tych ludziach z Warszawy, którzy tam trafili. Także opowiadała jak sprzedawała to złoto do jubilera – to poszła tam do sklepu i on miał taką skrzynkę do połowy wypełnioną właśnie tymi pierścionkami, obrączkami jakimiś i złotkami. I tak – dosłownie, no to za parę bochenków chleba kupowano.