Michał Gradowski: Przyszła zima, zima dosyć taka ostra i to już było straszliwe dla mnie utrapienie, myślałem, żeby rozpocząć pracę punktualnie, to dyscyplina socjalistyczna, dyscyplina pracy, wtedy była bardzo wyraźnie przestrzegana i musiałem o w pół do ósmej być na, podpisać listę i być na posterunku, w związku z tym musiałem gdzieś przed piątą wstać. Dojść do kolejki, tego… takiej ciuchci, to był w owe czasy parowozik, tą ciuchcią, w bardzo niekomfortowych warunkach niech mi pani wierzy, dojechać do miejsca ostatniego przystanku ciuchci, czyli dokładnie do miejsca gdzie dziś znajduje się ambasada rosyjska, tam był poniżej Belwederu, właśnie w tym miejscu był ostatni przystanek ciuchci, stamtąd na piechotę na plac Unii, w tramwaj, tramwajem wzdłuż całej Marszałkowskiej do trasy W-Z, przesiadka, trasą W-Z do tzw. niedźwiadków dzisiejszych wtedy jeszcze owych że niedźwiadków nie było i przez Park Praski piechty do mojego ZOO. Były to warunki bardzo niekomfortowe i był moment kiedy już miałem „po kokardkę” – jak to mówią – tego wszystkiego. I postanowiłem, że od dzisiej będę spał i wypoczywał luksusowo. A luksus ten polegał na tym, że po zakończeniu pracy, wieczorem, wzięłem derkę końską, poszedłem do mojej ukochanej kobyły, pod żłób wrzuciłem sobie trzy duże wiązki siana, zawinęłem się w koc i spałem u niej pod żłobem. I rano o godzinie w pół do ósmej, czy przed w pół do ósmą nawet, o godzinie siódmej z minutami, stajenny, który mieszkał na terenie ZOO, stary dziadek Libuda – tak on się bowiem nazywał, wiedział o tym, że ja tam nocuję nielegalnie oczywiście, otwierał zamkniętą na noc stajnię, stawał w drzwiach i krzyczał: „Michał! Wstawaj!” No i wtedy wyłaziłem ze żłobu, rozbijałem na beczce z wodą tafelkę lodu, która się w międzyczasie zrobiła, myłem się i byłem gotów do roboty. Nie musiałem nigdzie dojeżdżać, mieszkałem w centrum Warszawy i było mi bardzo dobrze.