This is additional content area. Learn more
Michał Gradowski: Był wśród małych gry… Małymi gryzoniami, między innymi fretkami, zajmował się taki człowiek, który nazywał się Jakoniuk. Był to mężczyzna w sile wieku i taka była o nim opowieść, że był to żołnierz Dywizji Kościuszkowskiej, który gdzieś z nad Oki poprzez Lenino, prze wszystkie kręte drogi polskiego żołnierza walczącego na terenie tutaj Polski, a później Niemiec zaszedł aż do Berlina po demobilizacji wrócił do Warszawy, bo był to człowiek z Warszawy i tutaj się zatrudnił w ZOO, pracował właśnie u fretek. Był to człowiek gołębiego serca, szalenie sympatyczny i miły, bardzo go lubiłem. I… człowiek, którego zwierzęta bardziej lubiły niż… nasi pielęgniarze byli to dosyć specyficzni ludzie, bardzo lubiani przez swoje zwierzęta, oni je lubili i zwierzaki ich lubiły, ale nigdy nie widziałem, żeby zwierzaki tak lubiły swojego opiekuna jak lubiły Jakoniuka. Taka najśmieszniejsza scena, jaką zawsze uwielbiałem zupełnie obserwować, to jest jak Jakoniuk sprząta klatkę z fretkami. Wyglądało to w ten sposób, że przygotowywał sobie miotłę i wiadro i szufelkę. Stawał przed drzwiami klatki, bo to się wchodziło do klatki od strony, bo taki był budynek i ten budynek miał na zewnątrz klatki, a wejścia do klatek były z budynku nie z zewnątrz, żeby zwiedzający przypadkiem nie otworzył drzwi, więc było to od wewnątrz. Przygotowywał sobie przy drzwiach właśnie wiadro i miotłę, następnie robił maleńką szparkę w drzwiach, wsuwał rękę i rzucał dosyć daleko kilka smakołyków dla fretek. W tej klatce siedziało, no klatka była duża, wielkości pokoju powiedzmy. W tej klatce siedziało kilkanaście zwierzaków, które wszystkie natychmiast te fretki rzucały się tam pędem do tych smakołyków i on wtedy spokojnie wstawiał wiadro, miotłę, sam wchodził i zamykał za sobą drzwi, po czym brał miotłę i spokojnie zamiatał całą klatkę, wszystkie nieczystości, które w międzyczasie przez całą dobę narosły. Zbierał szufelka, prawda, do wiadra i następnie musiał wyjść z tym wszystkim na zewnątrz. To już trwało dosyć długo, tych zwierzaków było tam kilka, zawsze jakieś pięć, siedem czasem nawet troszkę więcej i wtedy jak już był Jakoniuk gotowy do wyjścia już przy drzwiach stało pełne wiadro i miotła oparta o ścianę, wtedy Jakoniuk stawał i wołał: „Ogony, ogony, ogony, ogony!” i one wszystkie biegły do niego z ogonami podniesionymi do góry i on te ogony zbierał w jedną garść. Jak już zebrał wszystkie ogony, to trzymając za ogony otwierał drzwi, wystawiał miotłę na zewnątrz, wystawiał wiadro, następnie cały ten pęczek rzucał na środek klatki, sam wskakiwał i zamykał za sobą drzwi. Ale ta scena: „ogony, ogony!” jak one biegły z tymi ogonami na sztorc i on w garść te wszystkie, nie wiem, osiem czy siedem, czy ileś tych ogonów zbierał, taki pęczek podnosił do góry, to było tak ucieszne, że nie wiem.
