Wiesław Wencel: To był świat faktur.

Zofia Wencel: I form, przecież te różne budki, garaże, coś tam gołębniki jeszcze.

W.W.: I to tak, i te komórki drewniane, te sosny takie szare, tu tynk, tu odbita cegła, różowa, czasami ciemniejsza, kominy te te blacharka, te krzywe tam jakieś. I to jeszcze tak jak na wieczór przychodził, to to takie wspaniałe niebo, które się robi latem, czy wczesną jesienią takie zielono, złoto-zielone, różowiejące u dołu. Takie niebo nieruchome, bez chmurki, bez wiatru. I tak jak, jak takie zęby te kominy, te mansardy, to wszystko stoi w takim powietrzu czystym i nieruchomym jak kryształ. Wspaniałe. I te faktury właśnie, że to, to, te… a szczególnie ta cegła właśnie, ona tak pięknie z tym zielonym, ta ruda cegła już w tym świetle gasnącym, to pięknie wychodzi. I tam, i tam… i potem, i na tym tle już się zapalają światła, i te światło już jest inne w domu, i takie latarenki się świecą z tych okien. No tak, no to piękna brama, w bramie żarówka, tam pełna taka, okrągła. Przed bramą takie baby żelazne, zna je pan? Te baby. Na Wołomińskiej w takim domu czynszowym. W takim domu czynszowym. Muszę powiedzieć, że… to w jakimś, nie wiem, czasami człowieka jakaś ogarnia, jakiś taki stan uczuciowego takiego niepokoju, i, i… i tak któregoś razu jakoś nie mogłem sobie znaleźć miejsca, myśli w mojej głowie nie mogły sobie znaleźć miejsca, coś miałem do załatwienia, byłem na Pradze, nawet pojechałem wszedłem do domu dziadków, tak trochę ze strachem co tam, co odczuję. No wszystko było jak było, właściwie nic się nie zmieniło. Tam takie… to kiedyś były porządne domy! Piękne, dębowe, metr dwadzieścia schody, z dębu tam tralki ładnie rzeźbione. To wszystko już szare, stopnie wyjedzone, także… takie wgłębione, drzwi takie już pokrzywione, filungowe, farba odpada… farba odpada. Tak stanąłem na tym piętrze, było mi… no nie wiem, nie potrafię tego opisać. To jakieś takie bardziej ambiwalentne uczucia. Ale człowiek czasami czegoś takiego potrzebuje. I tak stoję, tak ten zapach ten sam wchłaniam, a otwierają się drzwi i wychodzi taki, no średnio starszy pan, tak ja wiem ile – 50, 60 lat może: „Pan kogoś szuka?”, a ja tak mówię, no co będę: A nie, tak wszedłem sobie, bo przechodziłem i ten, tu mój dziadek, dziadek mieszkał w tym mieszkaniu. A on mówi: „Aaa, pan Jabłoński. To taki miły człowiek był”. Boże, jak mi się zrobiło przyjemnie. No on też już, znaczy pewnie to był młody człowiek jak, jak ten, jak znał dziadka przed śmiercią, ale muszę powiedzieć, że to jakoś, to było dla mnie bardzo… przyjemne to jest akurat nieadekwatne słowo, jakoś mnie bardzo to pozytywnie poruszyło, że ktoś dziadka pamięta, że o nim coś powiedział, że jakoś to nie jest taka przeszłość, która jest tylko w mojej głowie, tylko jeszcze w czyjejś innej, prawda. U dziadka było wspaniale. Wspaniale. Dziadka kamienica to była taka typowo secesyjna czynszówa. W dużym pokoju, to był duży pokój – z 20 większy od tego, a to jest 30 metrów, takie jak wtedy budowano, takie 2 okna, w tej, w tej ścianie krótszej. Między nimi tam, mniej więcej, tam z metr przerwy, tam oczywiście etażerka, z tymże meble były przez dziadka wszystko robione. Piękna secesyjna taka. Tego, dziadek to był stolarz artysta. Myślę, że te zdolności plastyczne mamy to po dziadku. Etażerka, po prawej się wchodziło był stół taki, no wielki! Większy od tego, olbrzymi, ze dwa metry tam na metr dwadzieścia na takich kręconych grubych nogach. Jakieś krzesła były też ładne, nie pamiętam. Taka typowa wtedy lampa z takimi frędzlami, i, i teraz tego nie można dostać, może gdzieś to jest, takie porcelanowe, zna pan te porcelanowe takie elipsy jak jajo strusie, że się podciąga lampę wyżej i niżej? To było takie urządzenie jakieś – tam były kółeczka i tam u sufitu, i to było takie porcelanowe jajo, i się przesuwało, to opuszczało. To bardzo wygodnie. Ja tego, czegoś takiego nie mam, goście jedzą, to potem mówią, że im świeci w oczy. A z kolei nie może być za nisko, bo się trąca głową w innych sytuacjach. No i tak było. No i tam jakaś szafa, obraz był, pamiętam ten taki prawdziwy jeleń skaczący przez taki… obraz? Chyba ale oddruk raczej, taki jeleń przez jakiś płotek – wspaniały, ale taki ładny oddruk, wielki taki. No i ptaki wypchane były. Piękny kruk olbrzymi. Mama tego kruka nienawidziła, ale dziadek nie dał go nigdy zdjąć sobie. Olbrzymie ptaszysko wypchane…i bardzo, no właśnie, mało ozdobny! Ale dziadek jakoś go sobie cenił, nie wiem dlaczego, nigdy nie dał.