Michał Gradowski: Kiedyś wiozła taki ogromny worek pełen jakiś jarzyn, myśmy mieszkali na Brackiej wtedy. Jechała tramwajem przez Zieleniecką w kierunku ronda Waszyngtona i w połowie długości Zielenieckiej motorniczy odwrócił się, zahamował, tak że tramwaj jechał bardzo pomalutku, odwrócił się i krzyknął: „Na rondzie łapanka!” No i ludzie zaczęli wyskakiwać z tramwaju, ale ponieważ wiele osób chciało tym tramwajem z powrotem pojechać dalej, a była sytuacja taka, że – to będzie pani pewno trudno – uwierzyć cały ten obszar gdzie dziś stoi Stadion i okolice stadionu, czyli zamknięty Zieleniecką torami kolejowymi, tutaj jezdnią wzdłuż Wisły i wjazdem na most Poniatowskiego, cały ten obszar był albo zboże tam rosło albo kartofle. Najczęściej kartofle. Natomiast w pobliży torów stała zagroda wiejska, ze studnią z żurawiem. W centrum Warszawy! No i przez te kartofle niektórzy wyskakiwali i wracali w kierunku Targowej, ale szereg osób przez te kartofle, tak na skos, do przyczółka mostu Poniatowskiego przebiega, tramwaj oczywiście dojechał do mostu, dojechał do ronda, tam go Niemcy zatrzymali, tam stał jakiś czas, później skręcił w prawo i pojechał. Akurat ci zdążyli tam dobiec i wskakiwali po drodze. Mama miała ogromny worek… pełen jarzyn i było jej strasznie żal go zostawić. A nie mogła z nim razem wyskoczyć i później, gdzie no? Iść gdzieś jakiś kawał? Ona go ledwo dźwigała przecież! Wobec tego postanowiła zostać. Usiadła sobie, siedziała, obok niej stał ten worek. Tramwaj był prawie zupełnie pusty, bo wszyscy wyskoczyli i jak dojechał do ronda, oczywiście żandarmeria go zatrzymała, wszedł Niemiec, rozejrzał się, zobaczył tylko mamę, podszedł i zażądał papierów. A tak się złożyło fatalnie, że mama tego dnia nie miała ze sobą tzw. arbeits karty, czyli dokumentu… udowadniającego, że jest zatrudniona w Warszawie, a kto takiego dokumentu nie miał, to jechał na roboty do Niemiec – nie pracujesz? Mamy dla Ciebie robotę w Westfalii na przykład… To jedziemy! A jak pracujesz, nie no to tutaj pracujesz… Więc ten… nie miała przy sobie ten arbeits karty i dopiero sobie uświadomiła w momencie jak tego Niemca zobaczyła, że nie ma ze sobą odpowiednich dokumentów, które by ją mogły ratować. Niemiec podszedł zażądał dokumentów. Mama znała niemiecki biegle i powiedziała mu spokojnym głosem, że na przestrzeni ostatnich pięciu minut po raz czwarty jest proszona o dokumenty i w związku z tym prosi żeby jej nie zawracać głowy. Powiedziała to płynną niemczyzną i Niemiec zasalutował! Powiedział : „Przepraszam” i poszedł. Ale na tym nie koniec. Jak dojechali, już wreszcie tramwaj ruszył, już skręcił w prawo, pojechał w kierunku mostu Poniatowskiego, zaczęli ludzie wskakiwać, raczej niewielu, ale tam… kilka osób wskoczyło, min. młody człowiek, podszedł do mamy, uśmiechnął się i powiedział: „I jak tam kurczaczki?” Ona spojrzała na niego niechętnym wzorkiem i powiedziała żeby przestał jej zawracać głowę, że nic nie wie o żadnych kurczaczkach i żeby sobie poszedł w cholerę. Na co on, młody człowiek, wyjaśnił, że jak się wysiaduje jajka, to najczęściej z tego później są kurczaczki, więc chciał się dowiedzieć co z kurczaczkami. Na co mu mama powiedziała, że żadnych jajek nie wysiadywała i żeby sobie odpuścił. Na co on powiedział: „Proszę panią, przykro mi bardzo, ale jest pani w błędzie” przy czym sięgnął pod ławkę na której siedziała mama, wyjął stamtąd bardzo dużą teczkę, otworzył i pokazał mamie, że teczka była cała wypełniona granatami F1, w kształcie jajka… Powiedział: „Jak to nie wysiadywała pani jajek? A to co? Jajeczka! Myślałem, że będą kurczaczki, ale widzę, że nie ma, to zabieram. Do widzenia” i poszedł!