This is additional content area. Learn more
Jolanta Werner-Mirecka: Warszawianki zawsze starały się być eleganckie. Zawsze podkreślały, że są miejskimi damami. W związku z tym, każda prawdziwa warszawianka w owym czasie jeżeli miała jakieś nakrycie głowy to to był albo kapelusz, albo beret, aczkolwiek chodzono i z odkrytymi głowami. Natomiast kobiety wiejskie wiązały chusteczki. I to był, no taki wyznacznik absolutnie jednoznaczny. Jeżeli warszawianka wiązała chustkę, to ją upinała w jakiś specjalny sposób, żeby nie była zawiązana pod brodą jak u wieśniaczki. Chyba, że chustka była jakaś duża, wymyślna, jedwabna, specyficzna, no to wtedy można było tak luźno zawiązać ją pod brodą. Ale na przykład przez pewien czas kobiety nosiły chustki wiązane tak, nazywało się to „na kleopatrę”. Czyli z tyłu był taki luźny trójkąt, wszystko było zawiązane pod tym rogiem, nie było tu nic widać. Często też, ale to była, były reminiscencje okupacyjnej mody, wiązano coś w rodzaju turbanu. Albo upinano chustkę, owszem, albo jakiś pas materiału, na małym, filcowym kapelusiku. W taki rodzaj turbanu. I turban był jak najbardziej miejski, albo z samej chusty wiązano ten turban, jeżeli chusta była odpowiednio wielka. Poza tym po tej stronie Warszawy istniało pojęcie bardzo bogatych ciuchów. Te ciuchy były głównie przy placu Szembeka. Był taki okres, że były przy Lubelskiej oraz ogromny, ogromny wybór był na bazarze Różyckiego. I tam były całe alejki, gdzie kobiety te bazarowe sprzedawały wszystko, jeżeli chodzi o odzież. Była tam odzież wszelkiego autoramentu. I suknie balowe, i sukienki fartuchowe, i sukienki do codziennego chodzenia, i spódnice, i bluzki, i płaszcze, i kurtki – no wszystko, wszystko, wszystko. Kilka razy kupiłam tam piękne, letnie sukienki z cieniusieńkiej bawełny, takiej bliskiej batystu swoją cienkością, a jednocześnie gęsto przerabiane, gęsto tkane, że nie były przejrzyste, prawda. Taka sukienka po upraniu, odprasowaniu, ewentualnie jakiejś tam małej korekcie kroju była bardzo ładna, no i była oryginalna. Ja nigdy nie lubiłam nylonowych rzeczy, a tam właśnie sprzedawano bardzo dużo tych takich z nylonu zrobionych kreacji. Wiem, bo widziałam – leżały takie sztywne, napiętrzone halki, bo też była taka moda, że spódnica była bardzo dopasowana w talii, ściśle, suto namarszczona, a pod tą spódnicą było ileś tam warstw halek. Halki były albo z płótna i wtedy krochmalono je bezlitośnie tak, że były sztywne i ta spódniczka na nich tak się, była rozłożona. Albo właśnie były jakieś nylonowe, albo z tiulu. No i zwłaszcza takie tiulowe miały jeszcze wszyte falbany, jeszcze tam ileś warstw, także też wszystko na nich się ładnie układało, i jak kobieta szła, czy dziewczyna szła, to tak falowały, unosiły się, podkreślały rytm kroków i bioder. I do tego była albo dopasowana bluzeczka wpuszczona w spódniczkę, albo jeżeli to była sukienka, to też miała ściśle dopasowany stanik, jakieś niewielkie rękawki i bardzo często łódkowy dekolt, albo dekolt V. Na te kreacje zużywano mnóstwo materiału, ale też miało się tych sukienek czy spódnic niewiele. Na lato jak się miało dwie, trzy spódniczki to uuu, to było już bardzo, bardzo dobrze. Chodziło się przede wszystkim w płaszczach, w płaszczach, jesionkach, w pelisach, o, to była właśnie taka moda. Pelisa była od spodu podszyta futrem i miała futrzany kołnierz. Te futra były rozmaite. To mogły być zwykłe baranki, to mogły być lisy, to mogły być, jeszcze bardzo często jako wnętrze do pelisy szły futra, które już były trochę za wyleniałe, żeby ładnie wyglądały na wierzchu. Ale pod spodem w pelisie grzały i spełniały swoje zadanie. Następną modą, która ogarnęła całą Warszawę, to był szał płaszczy ortalionowych. Były zwykłe płaszcze ortalionowe i włoskie płaszcze ortalionowe. Włoskie różniły się od zwykłych tych, tym, że były bardzo miękkie i bardzo mało szeleściły. Natomiast te zwykłe ortaliony powodowały, że już z daleka się słyszało, że ktoś idzie ulicą i szeleści. Bardzo mocno szeleści.
