Elżbieta Jędrych-Pordes: Tam był biały, czysty piasek wiślany, bo przecież ten cały teren tutaj wokół to są dawne tereny zalewowe Wisły. W związku z czym te wszystkie domki, te wszystkie, no, te wszystkie uliczki były piaszczyste, mocno piaszczyste. A ten z kolei piasek, który tam… No to wykopywano, kiedy budowano cały… Ten rejon został zasiedlony dopiero w latach 30., te wszystkie domy, które tam stały, to lata 30. Więc wszyscy korzystali z tego piasku, a potem my, my, dzieci, mieliśmy szaloną frajdę, bo to był piasek, którym myśmy się bawili po prostu, budując sobie, prawda, z piasku tam… Nie tylko babki stawiając, ale jakieś… Pamiętam, jako dziewczynki małe to myśmy lubiły sobie budować z tego piasku mieszka… domy, prawda. To była taka, może to też było związane z tą sytuacją, prawda, wojenną, że tych domów… Te domy zburzone, miasto w ruinach, a my, dzieci, bawiliśmy się właśnie w budowanie domów. I budowało się z tego piasku, prawda, pokoje, tam… Tu była kuchnia, tu był jeden pokój, tam drugi pokój, to się potem ozdabiało jakimiś tam zrywanymi wokół kwiatkami, no jednym słowem  to był teren naszych zabaw, codziennych zabaw, zwłaszcza w okresie letnim. A zaraz potem, jak to, jak się schodziło z tych piasków, to był taki wąski, niewielki kanałek. Ten kanałek prowadził do jeziorka – jeziorka, które do dzisiaj istnieje, Gocławskie jeziorko, przy Trasie Łazienkowskiej, jak się jedzie, nad tym jeziorkiem jest osiedle, które było wybudowane jeszcze znacznie później, bo w latach… już koniec 50., na początku 60. Teraz po drugiej stronie powstało już całe niemal miasto. To duża, duża dzielnica Saskiej Kępy. No ale wtedy to były znowu, to było jeziorko, a wokół jeziorka łąki i pola. Właśnie te pola zasiewane przez, między innymi przez tych naszych sąsiadów mieszkających na naszej Tarczowej ulicy. A także przez, no, inne osoby, które tam kawałki różne miały swoich tych. Ale oprócz tego były właśnie łąki. I za tym kanałkiem małym, przez który się przechodziło, zimą żeśmy go wykorzystywali do ślizgania się, bo on zamarzał, no natomiast zaraz za nim były łąki. I te łąki to ja pamiętam do dzisiaj, bo też to był świat taki bardzo dla nas, no, uroczy, powiedziałabym, dlatego że tam było… tam było pole do popisu. Można się było bawić, można było siedzieć i odpoczywać… Tam rodzice wychodzili, takie pikniki sobie organizowali latem. Mamy zresztą zdjęcia, które pokazują, jak to właśnie wyglądało. Jednym słowem, no… widzi pani, że wokół nic, prawda? I te łąki z ogromnym… ogromną piękną trawą, z taką, która rosła tak, że my, takie dzieciaki, to wystarczy, jak się kucnęło, i już można się w chowanego bawić, prawda, w tym… Także to był, to był nasz świat, to było nasze życie. No i mieliśmy jeszcze drugie miejsce takie do zabawy, po przeciwnej stronie tej ulicy Fundamentowej, bo myśmy, no mój dom stał, tutaj zaznaczyłam go nawet, na rogu Fundamentowej i Tarczowej, więc w jedną stronę się szło właśnie w kierunku tych łąk i tych piasków, a tutaj dosłownie za naszym, za naszym oknem tu przy Fundamentowej była tak zwana, myśmy to nazywali łączka. Bo tam były łąki ogromne, a tu była łączka. To był też taki teren, no, ani nie zasiedlony, ani nie zasiewany. Tylko taki kawałek ugoru po prostu. I znowu to było kolejne miejsce do zabaw, spotkać rówieśników, bo dzieci żyły sobie swobodnie. Myśmy właściwie całe dnie spędzali albo na tych łąkach dużych, prawda, tam się chodziło głównie z rodzicami, już sami się tam nie wypuszczaliśmy tak mocno. Ale już jak właśnie sami, no to na tą małą łączkę i znowu tu były, kwiatki rosły i trawa była zielona, no i taki bezpieczny zupełnie teren. Także no takie to była nasz, nasze dzieciństwo. No… Jeszcze latem powiem, że urozmaiceniem tych naszych wyjść nad jeziorko czy na te łąki to były wizyty lodziarza. To przecież też, przecież… To jest egzotyka już na dzisiaj, prawda, ale pojawiał się pan, który wołał: „Lody, sprzedaję lody!”, prawda. Jak już słychać go było, że on idzie, to wszystkie dzieciaki wybiegały, prawda, każdy tam się jakoś uśmiechał do rodziców, żeby parę groszy dostać, i biegły i kupowały. On tam w skrzyneczce takiej, którą miał zawieszoną na szyi, nosił te lody. Jak to tam było wszystko z tym chłodzeniem i tym, nie wiem. W każdym razie lody były wielką atrakcją i to tylko w niedzielę on się pojawiał, nie w każdą nawet może, bo też miał jakąś rejonizację, musiał obejść pewnie wiele takich miejsc. No w każdym razie to było, to była taka, taka instytucja właśnie lodziarza.