This is additional content area. Learn more
Marek Kozłowski: Ja trafiłem właśnie, to był może rok ’67 tak mi się wydaje, miałem wtedy 8 lat i mama mnie zabrała prawdopodobnie dlatego, że nie miała co ze mną zrobić tego dnia, na bazar. No i wyglądało to tak, że na…na tej najbardziej bliskiej Ząbkowskiej alejce, która wychodzi w ulicę Targową, to właśnie się mieścił ten ręczniak. I tam te panie stały obok siebie, jedna przy drugiej tak kilkanaście, i zapamiętałem takie coś: „Torby! Torby! Torby! Torby! Torby! Torby! Torby! Torby! Torby!”. I to bodaj cała działalność ich handlował polegała. Mnie mama zostawiła u takiej pani, która miała bardzo strategiczne miejsce, bo róg głównej alejki tej od Targowej w stronę Brzeskiej i takiej głównej, która prowadziła w kierunku Ząbkowskiej. Teraz tam jest parking, kiedyś tam były budki i też był jakiś handel. To było strategiczne dlatego, że tam była jej znajoma, taka pani, która straciła nogę w jakimś wypadku tramwajowym, chodziła o takich potężnych kulach, była w ogóle cała potężna, ja byłem w ogóle taki drobny. I ona handlowała okularami słonecznymi. Też można by pomyśleć sobie teraz – cóż takiego, okulary słoneczne. Prawdopodobnie było to jedyne w Warszawie, a może i w całej Polsce, miejsce gdzie można było kupić żółte, zielone, niebieskie okulary, zwykłe okulary słoneczne. I opowieść jest taka. Że ja tam, mama mnie tam zostawiła u tej pani, sobie siedziałem, miałem wgląd w jedną alejkę, w drugą alejkę, no i widziałem też te panie z ręczniaka, które tam sobie powtarzał te swoje: „Torby! Torby! Torby! Torby!”. I w którymś momencie słyszę taki krzyk: „Gagarin!”. Później nieznacznie dowiedziałem się, że Gagarin to był jakiś osławiony, znienawidzony przez nie jakiś tam szef miejscowej, właśnie tego… działal… znaczy milicji, oddziału przestępstw gospodarczych. Oni tam mieli zresztą swoją, panie to mówiły kanciapę, czyli jakąś taką swoją budę, dokładnie nie wiem w którym miejscu. Zawsze można było tam pójść, siedziało 10 takich panów i oni sobie co jakiś czas robili takie naloty, no bo oczywiście ten ręczniak działał nielegalnie. Te panie wszystkie zmiotło, w ciągu ułamka sekundy pobiegły w kierunku Targowej – jak takie stado ptaków jakichś takich siedzących na drutach. Ja też chciałem uciekać, ale pani ta, właśnie handlująca, opiekująca się mną mówiła: „Siedź.”. I ja siedziałem za nią, i patrzyłem jak tutaj no taki dosłownie nalot, jak w okupacji, jak z filmów wojennych, jakby gestapo najechało. No, po jakimś czasie ci panowie tak się pokręcili, pochodzili, i sobie poszli. I te panie tak po pół godzinie wróciły i znowu było słychać: „Torby! Torby! Torby! Torby! Torby!”. No, to, znacznie później, bo wtedy miałem 8 lat, dowiedziałem się, że to wszystko to była taka lipa, takie przedstawienie, może dla jakichś władz partyjnych, które co jakiś czas w telewizji pokazywały jakie to okropne rzeczy dzieją się na bazarze, że te bazarowe wszystkie handlarki, czy handlary jak to mówią no, wykupują wszystko ze sklepów, które oczywiście opływały w dobrobyt i dobytek, że każdy by kupił gdyby nie one. No i co jakiś czas pokazywano to w telewizji, a te wszystkie panie sobie jakoś układały życie z tymi, z Gagarinem i z tymi pozostałymi. A Gagarin do dzisiaj jak się zapyta kogoś tam ze starszych pań, to na pewno wiedzą kto to był.
