Józef Makowski: Tam, gdzie za okupacji był ołtarz, i tam robili, powiedzmy, tam się modlliśmy, po wyzwoleniu – ale to już w 60-tych latach, też mam go na zdjęciu, Henryk Brzeziński – to był prosty chłopak, on nawet szkoły podstawowej nie miał, ale miał taką smykałkę w elektronice, że był słynny na całą Polskę, naprawiał te aparaty kinowe tych kin objazdowych. I on, proszę Pana, te filmy objazdowe przywozili do niego z całej Polski. On pracował w takiej instytucji prywatnej, ale te filmy, te aparaty naprawiał w domu. Ponieważ mieszkanie miał… pokój miał nie większy, niż ten, to umówiliśmy się tak, ponieważ on był ode mnie trochę starszy, ale – ja byłem tyle, że jak ja byłem mały, to ja zawsze miałem do czynienia z chłopakami starszymi od siebie, w moim wieku chłopaki… w moim wieku równi, to byli po prostu… no byłem bystrzejszy od nich. Także zawsze się doklepałem do tych… no on był 2 lata ode mnie starszy, ale on był bystry – i o co chodzi. Nawet moja mama zszyła prześcieradła, na ścianie, tam gdzie był ten ołtarz, tak jak mówię, za okupacji, to był… to on wyświetlał filmy. I wyświetlał takie filmy, że to się w głowie nie mieści, tego nie było, tylko w klubie dla UB, dla policji były w Alei Wyzwolenia, to było Kino Klub, i to się w tym klubie. „Baryłeczka”, „Symfonia pastoralna”. A on te filmy brał, ten Wasyl mu dawał. Ciekawostką tego było to, ze ja go musiałem bronić, bo na tym terenie, gdzie była ta spółka myśliwska, tam był taki jeden budynek – no tam ze 150 osób by się mieściło – i tam zrobili film. Znaczy film, tylko kino. I to kino nazywało się Klub. A w tym kinie Klubie wyświetlali filmy. No ale to tego typu filmy jak „Jasne Łany”, wie Pan. Takie bo to w tym czasie były, powiedzmy, temu podobne. A on wyświetlał te filmy takie, że tego nawet w żadnym normalnym kinie tego nie zobaczył.

Prowadzący: One były niepoprawne politycznie, ideologicznie?

J.M.: Tak! Ale, proszę Pana – i mało tego! Ten przedstawiciel tego Klubu dał znać na policję i przyszła policja i zabrała tego Henia. Ale – że on wyświetla filmy, że robi konkurencję. Bo, tak uczciwie to Panu powiem, na tym podwórku, na tych filmach, to było 3 razy tyle osób, co w tym kinie! Bo te filmy jego były nędzne, a te to były ciekawe, że tego… nawet normalnie w kinach w Warszawie tego nie było. To były takie… różne były filmy, ale były też ciekawe takie i zagraniczne filmy. I, mało tego, ja broniłem go i go wybroniłem. Dlaczego? Dlatego, jako argument mieliśmy to, że on w domu – aż komisja była, cała historia była – że on w domu się dusił i groziło to pożarem, bo te filmy się często, wie Pan, dymiły, zapalały się, tak jak aparaty i to było niebezpieczne. I myśmy jako argument podali jeden przypadek, że mu się zapalił ten aparat filmowy. A te aparaty filmowe to były tego typu, tak wielkie, jak silnik, powiedzmy, od Malucha czy od Syrenki, tego typu duże takie. I to też ciężkie było, bo jak żeśmy wnosili, jak mu pomagałem wnosić, tośmy we dwóch to się naszarpali, bo on na drugim piętrze mieszkał, tośmy się naszarpali, także stąd wiem, że to były dość pokaźne te filmy, o takie jak pół tej szafki, powiedzmy.

P: A po co było wnosić na drugie piętro, bo on tam mieszkał?

J.M.: No bo on tam mieszkał i on tam te filmy rozkręcał i robił, a jak później… i on tam robił te filmy, tylko że on później sprawdzał ich, a gdzie miał sprawdzić, w domu, w oknie? Jak mu na mieszkanie…

P: Sprawdzał, czy nie są urwane, na przykład, tak?

J.M.: Nie, on sprawdzał, ten aparat, czy on działa, a właśnie gdzie miał sprawdzać? No to sprawdzał wtedy, jak się ściemniło i żeśmy wywiesili na murze ten ekran i on sprawdzał. No i miał kłopoty, bo jego posądzili, że on robi konkurencję. A on mówi: „żadnej konkurencji nie robię, bo ja od nikogo grosza za to nie biorę”, bo on nie brał pieniędzy.

P: Czyli on wam robił takie prywatne kino, można powiedzieć.

J.M.: On robił prywatnie, naprawiał aparaty, a wyświetlał je dlatego, bo je sprawdzał. A myśmy z tego skorzystali i to była między innymi moja inicjatywa, ja mówię: „Heniu, na tym wszystkim to jeszcze ludzie skorzystają, zobaczysz jaką Ty będziesz miał renomę, będą Cię tu chwalili”. I faktycznie, mówię Panu, przychodzili z stołkami, z krzesłami na te filmy. To nie było tak, że to było codziennie czy co drugi dzień, tylko jak on powiedział, że: „wiesz, Ziutek, jutro będę robił, tam, sprawdzał ten film, to pojutrze, to powiedz, że tam w środę, powiedzmy, jak się ściemni, to będziemy wyświetlali film”. No to już ludzie czekali, potrafiło ponad 100 osób przyjść na to podwórko i oglądać ten film!

P: Ale to były filmy, na przykład, amerykańskie?

J.M.: Były i zagraniczne filmy, ale polskich było mało, ruskich było więcej, ale zagraniczne też były i były ciekawe filmy.