Pan Zygmunt Łuckiewicz: Andrzej Kordziński założył pracownię metaloplastyczną, artystyczną, właśnie na Ząbkowskiej, bo tam tanio można było wynająć lokale, problem był oczywiście, żeby to odremontować. Ząbkowska 3, w podwórku. No i tam żeśmy tam tak trochę, współpracowałem, żeśmy tam tak wrośli w tą Ząbkowską.

Prowadzący: W jakich latach funkcjonowała…?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: 90… ósmy chyba, gdzieś tak mniej więcej.

Prowadzący: I co, i co było…

Pan Zygmunt Łuckiewicz: No, no prawie no zamknął tą pracownie prawie tak 5 lat temu.

Prowadzący: I co było główną specjalizacją waszą?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Znaczy no w ogóle przede wszystkim metaloplastyka, więc srebro, biżuteria i te żydowskie utensylia, czyli jady, do czytania tory, poza tym odlewy mosiężne, czyli hanuki. No i co kto zlecił – zbroje, kolczugi, takie rzeczy.

Prowadzący: O, a kto takie rzeczy zamawia?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Różnie… podejrzewam, że grupy rekonstrukcyjne plus film.

Prowadzący: A jak ta Ząbkowska wtedy funkcjonowała, jakby ta…okolica? Jakoś tam, czy było tak  że tylko przychodziliście tam tylko pracować, wychodziliście i nie mieliście styczności z ludźmi?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Nie, tam się siedziało od rana.

Prowadzący: Przychodzili do Was, że tak powiem…

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Do nocy albo i w nocy.

Prowadzący: Nie klienci, tylko tacy różni…

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Tak, tak oczywiście!

Prowadzący: Klasyczni prażanie.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: No tak, tak, tam byliśmy zaprzyjaźnieni. Może nie ze wszystkimi, ale sporo właśnie tam i właśnie tam… niektórzy pracowali u nas. Niestety większość nie żyje, z powodu alkoholu, no wiadomo no Praga jest specyficzną dzielnicą, a szczególnie Ząbkowska, tutaj prawda… Brzeska.

Prowadzący: Każdy mówi „specyficzna”, ale tak jakby się pokusić co jest specyficznego, jakby to wyrazić?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Jednak jest inny klimat, niż na innych dzielnicach. Inny klimat. Tak do końca nie da się chyba tego tak określić słowami, to trzeba być, zobaczyć, poczuć… i wtedy… I na my uważamy, że za naszych czasów Ząbkowska była bardzo bezpieczną ulicą.

Kobiecy głos: Głównie byli prości ludzie, którzy specyficznie mówili, specyficznie się zachowywali, to znaczy co na języku, to prosto było wywalone prosto w twarz, nie było zawoalowanych jakichś form. Ludzie można powiedzieć tacy „szarzy”, nawykli do ciężkiej pracy, a jednocześnie potrafiący się bawić, rozmawiać ze sobą, tworzyć jakieś takie te sąsiedzkie, domowe gromady całe ludzi. Teraz tego w ogóle się nie spotyka. Każdy żyje w bloku i ledwo trzy osoby może wymienić, które jakoś tam zna. A tam cała kamienica, to znali się od pokoleń. No tak, ale tam się znają. Całe, wszystkie babcie znały całe życiorysy noworodzących się dzieci, opowiadały – ten pojechał tu, ten pojechał tam, tak. Teraz żaden człowiek nie opowiada swojej historii i tak po jego śmierci to wszystko ginie. A tam to następowała taka ciągłość pokoleniowa.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Pamiętam, że na początku właśnie powstawała ta pracownia i tam robiliśmy neony i ludzie do nas tak nieufnie podchodzili. Dopiero później, jak żeśmy swoim zachowaniem, tego, nabrali jakiegoś tam szacunku, to później to bardzo duży szacunek mieli do nas. No ale i co najdziwniejsze, zaczęli się interesować sztuką! Właśnie ci prości ludzie.

Prowadzący: Czym to się wyrażało?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: No… bardzo się interesowali, każdy chciał tam coś zrobić, każdy chciał obejrzeć, historia u nas dużo… Bo przychodzili tacy ludzie… gawędziarze, z olbrzymią wiedzą historyczną. Mam takiego kolegę, on teraz pracuje, też zresztą tam pracował i przebywał na tej Ząbkowskiej, on w tej chwili pracuje jako przewodnik w Koperniku. Niesamowita wiedza. Myśmy się jego, zawsze się… „Człowiek-komputer”. Że „wrzucić hasło”, wcisnąć enter i dawaj! I nawijał.

Prowadzący: Aha, i ci Prażanie też byli świadkami tych jego gawęd.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Więc oni tak, tak. Oni się bardzo lubili słuchać i tego no.