Pan Zygmunt Łuckiewicz: Wtedy się malowało szyldy. Farbami. Nie było podświetlanych reklam. Nie było pleksi, głównie się malowało albo na blasze albo na tekturze. Znaczy nie na tekturze, tylko na sklejce.

Prowadzący: Napisy?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Napisy. Ja wymyślałem tam jakieś, żeby to były ciekawe i wesołe… reklamy. Ale to wszystko zależało od klienta.

Prowadzący: Ale dla kogo? Tak w pobliżu gdzieś?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Tak! No to tam się, tego… No ale to też mówi nie szło tak za bardzo. Później znalazłem pracę w USS Społem, w dekoratorni. Na Powązkowskiej dekoratornia była i w tej dekoratorni chyba z 5 czy 6 lat przepracowałem jako dekorator sklepów. No ale głównie ten też trzeba pamiętać, że to były czasy komuny, więc no te pensje nie były najgorzej, ale były takie jakie były, no a że… właśnie, się malowało reklamy, to ciągle jacyś prywatni ludzie tam pojawiali, no że robić im reklamę.  Tak zwane fuchy, tak. No i ja głównie, wstyd powiedzieć, ale głównie zajmowałem się malowaniem tych fuch, a nie robieniem tego co potrzeba. Miałem bardzo fajnego kierownika, Pan Darek Cacek, który bardzo dużo mnie nauczył, liternictwa mnie nauczył, malowania od ręki, takich rzeczy, tak więc sporo się od niego nauczyłem. Ale no bardzo, bardzo fajny facet i wiele razy było tak, że on do mnie przychodził, mówił:  “tutaj Zygmunt trzeba tam do jakiegoś sklepu albo to…”, ja mówię “Darek widzisz no, przecież jestem zajęty.”. Bo malowałem prywatne rzeczy z państwowych materiałów oczywiście, bo jakby było inaczej wtedy. No ale tak, takie były czasy.

Prowadzący: Takie były czasy. Mi się wydaje, że to dosyć typowe jest jakby zachowanie wówczas.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Ale to jest… Generalnie to jest takie też, może nie powinienem tego mówić, moje pierwsze prace jako kierowca, w MHD. Firma, która nie istnieje. Miejski Handel Detaliczny. I jeździłem Żukiem i rozwoziłem z magazynów po sklepach, jechało się magazyny między innymi tutaj były na Sokołowskiej, tam… jesz… nie teraz się nie… tak jak trasa idzie, tam był magazyny. Brało się i to wtedy pamiętam, jakoś ciągle trafiałem, że z tych magazynów to braliśmy banany, ananasy, cytryny, pomarańcze, takie rzeczy. No i cały Żuk tego wtedy napakowany.

Prowadzący: Ojej, to rarytas wtedy.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: No i… tak… no i jakie rzeczy się dziwne działy. Bo najpierw jeździłem z kimś tam, żeby poznać całą tą, i tam żeśmy we trzech jeździli, no i oni na koniec dnia mnie obładowali siatkami tych cytrusów. No żesz się… nie dopytywałem. Dali to dali! Ale później, jak już zacząłem jeździć sam i w pewnym momencie tak – koniec trasy, wszystkie sklepy, a na samochodzie stoją dwie skrzynki pełne. I wszystko się zgadza! Różnica na wagach. Po prostu różnica na wagach. Jakoś tak zawsze wychodziło, że zostawało. I był taki okres czasu, że u mnie w domu stały skrzynkami pomarańcze, cytryny, że ludzie się tam w kolejkach za tym stali. Więc tak to wyglądało. Ludzie kombinowali. System był taki, że no w jakimś sensie dopuszczał, zezwalał na takie manewry. De facto no było to złodziejstwo, w jakimś sensie, no bo się brało państwowe, przede wszystkim brało się państwowe, niczyje. Zresztą do dzisiaj państwowe jest niczyje.