Pan Zygmunt Łuckiewicz: Tutaj może Pan sobie zobaczyć, to jest widok z okna, tam gdzie te drzewka, to jest w tej chwili ulica Afrykańska.

Prowadzący: Taki był widok? Tak. Coś podobnego!

Pan Zygmunt Łuckiewicz: To jest widok właśnie Saskiej Kępy.

Prowadzący: Czyli, ja tu widzę pola, widzę jakąś szklarnię.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Tak, po lewej kawałeczek, jakby się popatrzyło, to teraz biegnie Trasa Łazienkowska. A tam po prawej, na wprost, to było lotnisko Gocław, tam daleko, daleko. Takie były widoki wtedy. To jest 57′ bodajże rok.

Prowadzący: Czyli ten, a to była kamienica, tam gdzie Pan mieszkał?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Kamienica, znaczy to taka…

Prowadzący: Ostatnia kamienica i dalej już były te pola, tak?

Pan Zygmunt Łuckiewicz: Tak! Tak, no bo generalnie wtedy autobus pod tytułem numer 117 dojeżdżał tylko do Ronda Waszyngtona. Ulica Francuska, Paryska, że jak już zbudowali nam już na przeciwko blok, od ulicy, czyli od Paryskiej, i tam były sklepy społemowskie, i pamiętam, że do tych sklepów przywoziło pieczywo przywoziła bryczka konna! Taki pieczywo-wóz.  I zapach na całej ulicy był, to pieczywo było ciepłe i świeże.

Prowadzący: Chrupiące.

Pan Zygmunt Łuckiewicz: I komu to przeszkadzało? Byli oczywiście wtedy gospodarze domu, czyli tak zwani dozorcy. Potrójny taki, potrójna kamienica, z trzema klatkami, w każdej klatce była kotłownia. W każdej klatce był osobny dozorca, a oprócz tego jeszcze byli normalni tacy, chodzili panowie z tymi takimi szufelkami i miotłami normalnymi i te rynsztoki zamiatali i chodniki. Też komuś to przeszkadzało, nie wiem komu. U nas to był Pan Jan, kaleka niestety, bo no chodził o kulach, miał jedną nogę cały czas zgiętą, nie wiem, powojenne historie bodajże.