Tadeusz Kosiński: Proszę pani, było szalone ryzyko, ale w tym wieku, to człowiek nie zdawał sobie sprawy, bo ja dzieckiem jeszcze byłem, takim trzynastoletnim, czternastoletnim, później piętnasto… to już getto powstało, później się kończyło jak miałem 15 lat. No to trzeba było zdobywać pieniądze. Pieniądze zdobywało się w jeden sposób. Najbardziej taki niebezpieczny, ale skuteczny. Jak jechały samochody niemieckie, to się wskakiwało delikatnie z tyłu tam w mieście tam do tego samochodu, miało się nóż ostry, przecinało się, bo plandeka z tylu była, to się przecinało to, zabierało się to, co było tam w tym samochodzie i to oczywiście się sprzedawało. Tam różne rzeczy były. No to jeśli chodzi o mój przypadek, to miałem tak, że zaraz po wojnie na ulicy Markowskiej, na przeciwko monopolu tego, wie pani gdzie był monopol, na przeciwko monopol, tam teraz stacja benzynowa jest. To tam nie było stacji benzynowej tylko była łąka. To też tam trochę my graliśmy w piłkę i ja w pewnym momencie znalazłem pistolet. Kolta takiego dużego miałem, śliczny, pistolet… no i oczywiście koledzy wiedzieli o tym, ale nie chciałem nikomu oddać tego pistoletu. Ja byłem sfajtkiem, bo ja miałem 12 lat albo 13. I w końcu tam się jakoś tam wygadali ci moi koledzy. Okazało się, że ojciec jednego z nich był w AK, nie w AK tylko w konspiracji był. I jak się dowiedział, to wszystko zrobił, żeby mu ten pistolet oddać i oddałem oczywiście. No to taki pierwszy przypadek, że się z bronią zetknąłem. A tak, to proszę pani, ta okupacja była ciężka, bardzo ciężka. Trzeba było… rodzice… no po prostu były takie chwile, że nie było co jeść. Jeśli chodzi o mnie, to pamiętam taką jedną rzecz. Mama smażyła jakieś placki ziemniaczane, to ja stałem przy kuchni, kuchnie były tak na węgiel czy na drewno i z patelni zabierałem tego placka, no bo po prostu ludzie byli głodni bardzo. No może nie wszyscy ale większość, no dlatego między innymi mnie pociągało… chociaż nie to… ryzyko, zawsze kochałem ryzyko i to mnie zawsze pociągało. Więc jak spróbowałem te niemieckie samochody okradać… raz miałem taką kraksę bardzo poważną, na przeciwko monopolu spirytusowego, tam przy Markowskiej. Z kolegą mówi: „Tadek, skacz”. Jechał taki tabor niemiecki, obejrzałem się czy z tyłu nie jadą następni – nie – no i wskoczyłem. Zdążyłem odchylić tą plandekę i od razu dostałem taki cios w twarz, czoło przecięte miałem mocno, zalałem się krwią, straciłem przytomność, spadłem na jezdnię. Ludzie podbiegli do mnie. Nie zatrzymał się ten samochód widocznie był tam w środku jakiś Niemiec. Nie zatrzymał się tylko pojechał dalej. No i ludzie mnie tam wciągnęli gdzieś do bramy ponieważ ja te meliny wszystkie znałem bardzo dobrze. Bo w czasie okupacji to było tak, że jak był jeden dom i drugi, trzeci, to na wszelki wypadek, proszę pani, były wykute w piwnicach przejścia i jak pani mieszkała pod numerem 17, to może pani przejść pod 19, pod 21, pod 23 i tak dalej. Czyli były te, no drogi, o których Niemcy nie wiedzieli. Jak robili jakieś łapanki, ludzie chcieli uciec, no to uciekali do następnego domu, a później jeszcze do następnego. No i wtedy sie ocknąłem i też uciekłam tak, też przez te lochy takie, z piwnicy do piwnicy i to wylądowałem na ulicy Kijowskiej. Przez pół Markowskiej, właściwie to całą prawie. No i wcale tak jakoś, to się zagoiło wszystko, wróciłem do tego zwodu i zacząłem już kombinować wtedy. Po prostu okradać Niemców. Miałem takich kilka przykładów. Właściwie, to takich groźnych to mi się nie przydarzyło już później. Ten jeden co spadłem z tego samochodu, to był jeden przypadek, a później to już wszystko szło gładko. Bo nie umieli mnie ani złapać, ani nic zrobić. Po prostu wtedy tacy chłopcy młodzi, to ja nie wiem.. teraz to, to są ciamarajdy – nie potrafi ani wskoczyć, ani wyskoczyć, ani przeskoczyć przez płot wysoki, ani się wdrapać gdzieś.. są inaczej chowani i słusznie, bo po co im to potrzebne…no to ja zacząłem kombinować, proszę pani, w ten sposób, że właściwie to samochody się okradało niemieckie. Przez bardzo długi okres czasu. Były takie 3 drogi. Jedna to była w kierunku na Marki, tam jak jechał jakiś taki transport, to do tego ostatniego się wskakiwało. Druga to była aleja Zieleniecka, to tam było tak, że skręcały samochody z Targowej w aleję Zieleniecką, to się wypatrywało samochód albo końcowy, albo jeżeli były przerwy to w środek, między te samochody. Zrzucało się to, co tam jest w samochodzie, nikt nie patrzył czy to jest cenne czy nie cenne i szybko przez park Paderewskiego, obok jeziorka Gocławskiego, na drugą stronę, na Grochów. I tam już znikaliśmy.