This is additional content area. Learn more
Wiesław Adamczyk: Na ulicy Stalowej, pod numerem 37 była taka… to jest brama poprzedzająca, że tak powiem, wejście do bazaru. I tego. Była taka restauracyjka. Taka knajpa, no.. i tam było charakterystyczne, że no jak tego… to właśnie dorożkarze, później jak… już nie mówię o niektórych, że tak powiem, straganiarzach. Na tego, to se wpadali na tego, a to se małpkę… małpka to była setka. To sobie małpkę strzelić… pod kiszony ogórek i pod tego. Takie historyjki. Także pan sałata zawsze jak zjeżdżał to zawadzał o tą restaurację. No i poszedł tam na małpkę czasem na jednej małpce się nie kończyło. Bo zależy od tego czy miał więcej kursów czy mniej. Bo jak miał dobre, dobre jak to się mówi, branie i tych więcej kursów no to tych małpek było więcej. No i zdarzało się, co pamiętam, nie wiem jak często, ale zostało to w pamięci, że było tak, że to tam znali, bo to wszyscy z Pragi to tego. Dozorca to stały taki lokal w tej knajpce. To już w tej knajpce ci koledzy wszyscy tego, to się tam spotykali, to było swoje towarzystwo niejako. No to się zdarzało tak, że pan sałata by mocno w tego, wlany, jak to się mówiło. Wtedy go wyprowadzali, a ten bidny konik, z tą drynda stał tam pod tą… na tej Strzeleckiej, tam pod tą knajpą zaparkowany. I stał dotąd dokąd nie było pana. Bo jak go zostawił no to tego. Jak go wynieśli, bo już ni ten, nie wiem jak to się zaczęło, jaka jest geneza tej całej historii, w każdym razie jak wsadzali pana sałatę później już, już nie zupełnie trzeźwego i wcale nie za kozioł tylko tam na to siedzenie z tyłu dryndy, bo przecież on był niezupełnie, że tak powiem, to koń, konik z tej ulicy Strzeleckiej, z tej ulicy Stalowej bezbłędnie znajdował drogę i jak stawał przed naszą bramą to bił kopytami w bruk. Autentyczne. No i wtedy już to się wykształcił taki zwyczaj rzadki bo rzadki, że Budyta wychodził, otwierał tą bramę i koń niekierowany, jego pan leżał przecież tam z tyłu. Koń potrafił wjechać tam w bramę i nie uszkodził ani kół od dryndy ani nic. Wjechał, dojeżdżał pod tą wozownię. Tam się przed tą wozownią zatrzymywał, przecież w zaprzęgu i z tym śpiącym sałatą tam na, na tym. No i w tedy to po prostu, to po sąsiedzku. Ktoś albo z dzieci dozorcy albo któryś tego gnał na przeciwległą stronę ulicy Strzeleckiej, gdzie w drewniaczku na parterze właśnie mieszkał ten pan sałata ze swoją małżonką, bo dzieci nie mieli. No i mówił pani tej, dorożkarzowej, że no jest tego, konik przyszedł sam, a pan no ten no to zaniemógł trochę. No. I ona wtedy, a to była taka dziarska kobieta, przychodziła i odprawiała, że tak powiem czary nad swoim małżonkiem, znaczy wychlastała go tam po pysku, nie po pysku, coś tam takiego, żeby on przejrzał na oczy. I później wyprzęgała konia, nakarmiła konia, tak żeby koń był wyluzowany przy swoim korycie gdzie dostawał obrok i tak dalej i przyniosła m wody do picia i tego i zdjęła z niego tą samą uprząż. I wtedy się zabierała za swojego małżonka, bo jak on znowuż przysnął to znowuż go budziła. Nawtykała mu tam jeszcze co nieco gwarą warszawską, z praską. Jak juz na tyle dojrzał, że mógł przy jej wsparciu przebierać nogami, no to go wyprowadzała do domu i zostawiała, że tak powiem tą dryndę i tego konika, ale już oporządzonego w tej wozowni no i tego. Ale właśnie co było zadziwiające, co nazwałem osobliwością, to to, że ten koń tak był zżyty, że po prostu on s tym swoim panem zawsze znalazł adres. I niegdzie nie poszedł. Dlaczego nie poszedł tam gdzie on mieszkał? Bo wiedział, że jego miejsce jest tutaj, ta wozownia na tym. I przyjeżdżał pod bramę, przecież to czynszowa kamienica, dzieciaków jest tam trochę no to tam gwar. A on nic stawał, tłukł kopytem żeby mu bramę otworzyć.
