Wiesław Wencel: Ale wracając już do tych losów ściśle wojennych to… jak zaczęło się zbliżać rosyjskie wojska, już słychać było artylerię, to mama, no, pewnie myślę że rozmawiała z sąsiadami, mężczyznami, z tym no, nikt nie wiedział jak się potoczą wydarzenia, że… bo Niemcy praktycznie Pragę oddali. Prawdopodobnie, mówię prawdopodobnie, bo ja tego… mężczyźni, którzy tam dyskutowali, którzy jeszcze byli niewywiezieni, że jednak będą bronić przyczółków mostowych. Że Praga będzie jednak Festung. Festung Praga i że będzie broniona. A ponieważ my mieszkaliśmy tuż przy dworcu, no to mama, siostra miała 3 miesiące, zapakowała siostrę do takiego wielkiego wózka, takie były wtedy olbrzymie, pod spód butelki ze spirytusem, bimbrem, przepraszam, który był no tą, tym, tą walutą wtedy, potem moja siostra, brat miał jakiś plecak…, a moim obowiązkiem, bo wtedy miałem… który to był… 6 lat, to była taka bańka z wodą dwulitrowa do noszenia. No i to się nazywało rajza. I wyruszyła na rajzę drogą na Legionowo. Na Legionowo, Choszczówkę i tak dalej, i tak dalej. No to dla mnie to były fascynujące przygody, zupełnie dla chłopaka w tym wieku. Ja tej rajzy nie pamiętam jako czegoś… poza pewnymi scenami i wydarzeniami, ale w sumie to były jakieś no fascynujące przeżycia. Spotkaliśmy wielu ludzi, wiele dobroci od ludzi. Pamiętam w tym pierwszym jak jechaliśmy gdzieś w okolicach Choszczówki, szliśmy tam gdzieś przy szosie, w pewnym momencie jechali Węgrzy. Węgrzy, bo to mama mi powiedziała, Węgrzy jechali wozami. Jakoś tak deszcz zaczął kapać i ci Węgrzy zatrzymali wóz, mamę, nas na wóz, przykryli nas jakąś plandeką i tam gdzieś nas podwieźli jakiś kawał, mamie jakiś tam chleb dali, coś jeszcze. Chyba jakiś, jakiś dżem w puszce, coś takiego. To pamiętam. No i byliśmy w Nowym Dworze jakiś czas, byliśmy w takiej wsi, która się nazywa Marenbusz, no i… no i mówię, było to dla mnie z jednej strony wielka przygoda, a z drugiej strony no były straszne momenty. W pewnym momencie na jakiejś szosie, pamiętam to, bo była taka z takiej kostki bazaltowej wygładzonej, takie się czasami pamięta, jakieś szczegóły, rzesza uciekinierów. Bo to nie tylko mama była taka mądra w cudzysłowie, lub niemądra, nie wiadomo było co wtedy należało zrobić. Niemcy zatrzymywali, robili odsiew. Mężczyzn i młode kobiety do, do pracy. Do pracy. Kobiety z dziećmi puszczali. I, i… jakaś była młoda dama z mamą, tam gdzieś razem szły, rozmawiały, a była bezdzietna. I poprosiła czy mogłaby pożyczyć mnie, bo nie chciała mama pożyczać siostry, pożyczyć siostry, że to niby jestem jej dzieckiem. Tam nikt nie sprawdzał żadnych dokumentów! Wszystko się odbywało na łapu capu. I… no i dobrze, wzięła mnie za rękę. No ale tam jakiś straszny tłum był. Nie wiem dlaczego, ale to się przepychali ludzie tak jak, tak jak na jakimś wiecu, czy festynie i straciliśmy z oczu mamę. Rozdzieliliśmy się. Boże! To była jedna z najstraszniejszych rzeczy w moim życiu. To właśnie, 6 letnie dziecko tak reaguje. No ale oczywiście co tu, to nie były takie okoliczności, żeby się naprawdę można było zgubić. Ja to tak odczułem. Także ten, także no pani pewnie w jakiś sposób została od tej wywózki uratowana. To była takie wydarzenie, tego. Jedno też wydarzenie bardzo, bardzo dramatyczne też szliśmy… to chyba była ta sama nawet szosa, dalszy jej ciąg. Obrośnięta takimi, pamiętam, wtedy dużymi drzewami, taki, taka łukowata i właśnie z tą kostką co ma istotne znaczenie. I wszyscy tam szli, mama z tym wózkiem i tam tłumy tych bieżeńców. I sowieckie samoloty tam już grasowały. No więc wszyscy mieli na głowach te białe chusteczki pozakładane, no i któregoś razu idziemy, właśnie w pewnym momencie, nagle, to pewnie był, teraz to wiem że to były Iły, bo to te szturmowe samoloty. One i zrzucały bomby. Nagle samolot zaczyna wyć, widać że się zniża i widzimy jak wali po tych ludziach! I tam wybuchy na tej szosie. A nie było, w ogóle nie było Niemców w tej kolumnie! Tylko uciekinierzy. No więc mama tak pchnęła wózek nawet i nas za kark do rowu i, i tam żeśmy upadli w rowie, i widziałem jak skaczą odłamki od bomb po szosie, i pociski… znaczy pocisków nie widziałem, tylko ten odgłos jak od tej kostki bazaltowej tak te, te, jak te. Gwizd! Taki. Tak jakby ktoś takimi dzwonkami tłukł o ten. No i jakaś tam bomba uderzyła i mama miała, miała taką kurtkę tą, taką kurtkę z źrebaczka, i miał w dwóch miejscach od odłamka ślad przebitek. Gdzieś tam je dotknęła. No wiem, że wtedy się bałem okropnie. No ten ryk tego silnika, te bomby, te karabiny maszynowe – to straszne. Wrzeszczałem jak opętany wtedy ze strachu, tam: Matko Boska!, czy czegoś, czy jakoś tak. No to było strasz… to to już nie były żarty. To było to straszne przeżycie. Jesteśmy, jesteśmy z mamą na rajzie ciągle. Wędrujemy szosą już nie pamiętam którą, wiem, że była taka ładna kostka też bazaltowa, tam widocznie była taka moda w tej okolicy, mama idzie poboczem szosy, obok niej brat, mama pcha wózek z moją malutką siostrą, a ja niosę wodę, wodę w takiej… no, to się kanka wtedy nazywała, w takim naczyniu, i, i, i idę szosą, podśpiewuję sobie taką wesołą piosenkę – „Bo w piechocie fajno jest”, idę środkiem szosy, macham tą kanką, wodę wychlapuję i jestem przez mamę strofowany. W pewnym momencie słyszymy taki straszliwy pisk, to był pisk opon. Więc przerażona mama, ja się odwracam, stoję o metr przed maską niemieckiego takiego półciężarowego samochodu z oficerami niemieckimi, no bo człowiek się wtedy znał na tych szarżach. Z SS Manami, trupie główki na czapkach i: „Fafluhten, donner weter”, wściekli tam, podnoszą się z tych siedzeń, a mama – widocznie no jakiś wspaniały instynkt matki – chwyciła mnie za kark, tak złapała, tak przyklękła na kolano i w dupsko mi! W dupsko klapę. Jaka była reakcja Niemców? Ja to, oczywiście to mi mama powtórzyła: „O! To jest w porządku! To jest w porządku”. I pojechali. Nikt nie wyjął spluwy i mnie nie zastrzelił. Tak to się zakończyło.