Anna Skaros: Ja pamiętam opowieści mojej mamy, która mówiła że bardzo lubiła, to czego ja w ogóle nie potrafię, to znaczy targować się. No to gdzie? Na Bazarze Różyckiego. Z opowieści mojej mamy wiem, że kiedyś poszła i oglądała kapelusze i jakiś tam słomkowy włożyła i mówi “nie, nie, nie” i odłożyła. I to jakaś była… mama mówiła, że Żydówka, że podobno nie wolno pierwszego klienta puścić, bo będzie tam jakieś nieszczęście. I ona za tą moją mamą biegła do bramy i za dosłownie grosze, ale mama musiała kupić. Zresztą w tym kapeluszu potem brała ślub z moim ojcem! Taka… to jest, to jest… a tak to ja nie miałam, ja nie chodziłam na Bazar Różyckiego, ponieważ było masę małych sklepików wokół na Pradze, to czego już w tej chwili nie uświadczysz, gdzie można było w zasadzie wszystko dostać.

Prowadzący: A miała Pani jakieś ulubione sklepy? Gdzie Pani biegała za takie… no “podstawowe” produkty? Czy były lodówki?

Anna Skaros: (śmiech) Żartuje Pan! Proszę Pana, był taki sklep na Strzeleckiej, tutaj przy tym takim domu dziwnym, taki dom, który od Strzeleckiej przechodzi aż do Stalowej. Tutaj był sklep spożywczy i tam można było dostać wszystko. Notabene z tym domem to jest taki…

P: Z tej czerwonej cegły?

AS: Tak, z tej czerwonej cegły…

P: A nie pamięta Pani Bazaru… tak zwanego Bazaru Pachulskiego?

AS: Ależ oczywiście… nie wiem czy on był Pachulskiego czy innego, ale w każdym razie ten bazarek pamiętam. Tam z mamą chodziłyśmy tak… chodziło się w sobotę i tam właśnie mama kupowała i tam wszyscy się znali. Tam w zasadzie chodziło się bez pieniędzy, bo tam się kupowało, tam tak zapisywali nam na kartce, potem się dawało pieniądze, zupełnie inaczej. Wszyscy wszystkim ufali, wierzyli że mu oddadzą… nie wiem, ale tak było.

P: To bardzo miał taki lokalny charakter ten bazar.

AS: Tak, tak, tak, jeżeli to jest Pakulskiego, tak jak Pan mówi. I były dwie znakomite, pamiętam, cukiernie, ale nie pamiętam jak się nazywali właściciele… Jedna cukiernia to było na Stalowej, obydwie na Stalowej, jedna tam niedaleko Szwedzkiej, a druga niedaleko już tutaj w tę stronę, w drugą, tam przy Kowieńskiej chyba, czy nieważne… I pamiętam z tamtą pierwszą cukiernią, taki widzę obrazek – nie pamiętam kiedy była pierwsza wymiana pieniędzy, ale pamiętam, że jest niedziela… Proszę Pana… takiej tacy, jaka wtedy była w kościele, to ja do tej pory nie widziałam jeszcze! Bo wszyscy zrzucali te pieniądze, bo potem nie mieli z nimi co robić. I pamiętam, że wszyscy runęli do tej cukierni… widzę tę olbrzymią kolejkę, a myśmy byli mali i zawsze po kościele mama z nami chodziła na ciastko tak zwane, na ciastko, i mówi: słuchajcie, to dzisiaj nie kupimy, bo to trzeba będzie stać do kolacji!