Anna Skaros: Wszyscy żyliśmy na tym podwórzu jakoś wspólnie, to z pewnością. Były na pewno rodziny, gdzie tatuś sobie pozwalał na jakieś wyskoki alkoholowe, ale nie przypominam sobie ani jednej interwencji, wtedy milicji, to jak gdyby załatwiało się w domu. I nie przypominam sobie, żeby jakieś były awantury na zewnątrz, jak się kłócili, to w czterech ścianach. Łubudu, łubudu, ale koniec. Ten nasz dom był jednopiętrowy, potem była taka kamienica, motyw drewniany, tylko dosyć duży i była też kamienica, piętrowa, to już kamienica, tak. I tam pamiętam taki Jasio był, nie pamiętam nazwiska, ale biedny chłopiec chorował na Heinego-Medina. I on biedny był taki połamany, ale wtedy myśmy to przyjmowali normalnie, nie było żadnego…

P: Ale właśnie, jeszcze mnie ten wątek zainteresował, o którym Pani wspomniała… tego, tej “wspólnoty”, jak Pani to właśnie, że to było wspólne.

AS: Proszę Pana, na przykład naszym sąsiadem był jakiś Pan… on miał na imię Antoni, nie pamiętam jak na nazwisko, w każdym razie on był urzędnikiem, więc w tej hierarchii, że tak powiem… Ale jak u nas było pranie, a pranie to Pan sobie wyobraża, że nosiło się wody w kubłach, prawda? Bo trzeba było przynieść na górę, bo przecież nie było tam kranu gdzieś, tylko była studnia, pamiętam tą studnię jak dzisiaj. Ona miała taką wajchę i tak trzeba było…

P: Czyli pompa?

AS: Pompa, tak, pompować. I od tego odchodził rynsztok. Proszę Pana, on nam przynosił wodę. Tej mojej matce… mama w ogóle cieszyła się wielką estymą, ponieważ była wdową po człowieku, który zginął… nie to, że w czasie wojny, w czasie wojny, ale nie w Powstaniu, tylko właśnie w obozie koncentracyjnym. Zresztą szukała mama ojca i podobno, bo to więcej opowieści, zjawił się jakiś kolega, bo mama przed PCK szukała, dostała zawiadomienie, że zmarł, ale on się zgłosił i powiedział, że on zmarł z głodu. Ponieważ tak się denerwował, bo mama była jak ojca wzięli, oni go wzięli chyba na jesieni jakoś, to mama musiała być już w szóstym miesiącu ciąży z bratem. Strasznie się denerwował co tu z nami będzie…. I jak zabrali, bo wtedy zabrali cały zestaw pracowników, którzy pracował w fabryce Schichta, na Szwedzkiej. Wtedy też tam ojciec akurat się zjawił.

P: Czy to była łapanka…

AS: No, łapanka, to jest z pracy, tak…

P: Z pracy?

AS: Mhm, mhm. I podobno sąsiedzi, którzy również z nim tam byli, jechali pociągiem, bo zwozili ich tam, i namawiali go na ucieczkę. I im się udało. A mój ojciec podobno powiedział, że jeżeli on ma wrócić jako inwalida i jego żona ma się nim opiekować, to on nie chce, on myśli, że jakoś tam będzie, przeżyje. Z nerwów sprzedawał swoją żadną rację jedzenia za papierosy… i niech Pan sobie wyobrazi, on doczekał wyzwolenia obozu! Ale jak im dali jeść, to prawdopodobnie to go zgubiło, ale to takie są moje tylko przemyślenia w tej sprawie. Także naprawdę było nam bardzo ciężko, materialnie.

P: Ale to ciekawe co by Pani powiedziała, że ten status wdowy był takim wysokim statusem, że wszyscy czuli się w obowiązku pomagać.

AS: Tak, tak, tak. Nie mówiąc o tym, że jeżeli na przykład moja ciotka szła wylewać, że tak powiem, z wiadrem nieczystości, natychmiast jacyś chłopcy, sąsiedzi, oni brali to wiadro i z tego pierwszego piętra znosili, wylewali. Także tutaj, naprawdę w tej chwili chyba nie ma czegoś takiego… no ale trudno, takie były czasy i to se ne vrati, mam nadzieję.

P: Ale to piękne z drugiej strony, choć czasy były ciężkie, że właśnie taka atmosfera, takiej wzajemnej solidarności panowała.

AS: Tak, pamiętam na przykład takiego Pana… miał na nazwisko Chudy. Pan Chudy, Roman Chudy. I on, jak był na lekkim rauszu, to on wołał wszystkie dzieci, myśmy natychmiast zbiegali i on bawił się z nami w wojsko. To znaczy, mieliśmy różne ćwiczenia, na tych, na tym bruku, wie Pan, robił… bardzo to mile wspominam. A jednocześnie, to nas jakoś zbliżało, wszystkim do siebie.

P: Ale w sensie taką musztrę przeprowadzał?

AS: Musztrę, tak! Tak, baczność, spocznij, w prawo zwrot, w lewo zwrot było. Oczywiście no pomysły były nasze, czasami nasze, dziecięce, ale to chyba nic się nie zmieniło. Ja pamiętam do tej pory, jak ciotka moja zdejmuje mnie z parapetu, bo dzieciaki stoją na dole, a ja na tym pierwszym piętrze i mówię tak: a ja zaraz do Was skoczę! Pan sobie wyobraża? Jakbym wylądowała na tych kamieniach? No pomysły były różne, no ale jakoś żeśmy wszyscy przeżyli i wszystkie dzieci przeżyły, że tak powiem.