Zabawy w swoim gronie, więc tak zupełnie jak byliśmy tacy, tacy mali – to znaczy tam od pięciu do dziesięciu, czy tam troszkę wyżej – to wyginało się drucik odpowiednio, brało fajerkę i się zasuwało po chodniku prowadząc tym drutem. Bardziej…znaczy ci, co mieli bardziej pomysłowych rodziców – ojca czy dziadka, no to im robili hulajnogi. Hulajnogi były na łożyskach takich tocznych, metalowych. Kawał deski no cała konstrukcja była drewniana łączona tam skórzanymi pasami między tą kierownicą a…a tą deską jezdną, także jak to jechało – to z hurgotem takim, no ale to była taka, no już wyższego lotu zabawka. No nie każdy miał hę. Pamiętam, że w pewnym momencie ja jeden miałem rower w klasie, a w szkole to, to, to, to… nie wiem czy kilka było. To już był, to już było w ogóle coś, to tak jakby teraz mieć Ferrari prawie.

To jak to się udało?
Udało się – to do tego dojdę jeszcze – ale matka tam gdzie pracowała, w tym IFie – ale to przeskoczę jeden etap , do którego wrócę – sprowadzali z zachodu części , znaczy z tych naszych ziem odzyskanych jak to się wtedy mówiło. Tam jakąś fabrykę kupili czy wynajęli, która robiła rowery i stamtąd sprowadzali części rowerowe. Tu montowali i sprzedawali. No i matka miała dostęp do tego tam, taniej czy za darmo, już nie pamiętam, no. W każdym bądź razie byłem szczęśliwym posiadaczem. Niektórzy no jeździli na tych dorosłych rowerach, tak pod ramą. Dość egzotycznie to wyglądało. Ale jeszcze właśnie… aha, no to tyle co do, do tych zabaw. Plus takie no tam, z tym rysowaniem tam na chodniku, gra w klasy, skakanki.