This is additional content area. Learn more
Edward Liszewski: Linia pierwsza, lina frontu przebiegała ulicą Targową. Poza Targową, to znaczy w stronę Wisły, nie wolno było już wchodzić, to już wszyscy byli wysiedleni, to była pierwsza linia frontu. Ja mieszkałem przy Zaokopowej wobec tego w linii prostej licząc, no to od frontu mieszkałem pewnie ze 400 metrów, ale tam już można było! To już było poza frontem. I zdarzył się kiedyś taki przypadek: dowiedzieliśmy się od sąsiadów, że mają ludzie jakiś dziwny poniemiecki proszek, proszek ogrzewczy. Proszek polegał na tym, że urywało się tam jakoś rożek takiej paczki celofanowej, wlewało się tam zwykłą zimną wodę, następowała jakaś reakcja… potem to już wiedziałem potem nie wiedziałem… jakaś reakcja termiczna, powiedzmy tak jak z karbidem, ten oczywiście co to do dzisiaj, a to był proszek i to przez pewien czas zaczynało wydzielać ciepło. Ten woreczek robił się ciepły i to bardzo ciepły! To znaczy, on był taki ciepły, że chyba to była temperatura koło 50 stopni, między 40 a 50 stopniami. Ojciec dowiedział się, że ten proszek znajduje się na takim budynku magazynowym na terenie obecnego Ogrodu Zoologicznego… i ha ha ha! To już prawie na froncie! Już daleko poza Targową. I ponieważ mnie zawsze diabli nieśli tam gdzie innych nie, postanowiłem, że zrobię rodzicom niespodziankę i tego proszku przytargam co nieco. Oczywiście razem ze Słoniem, Słoń to jest mój wysoki…saneczkami, potem już go nie nazywaliśmy Słoniem, bo zawsze był te pół głowy co najmniej wyższy, więc wzięliśmy sanki, postanowiliśmy zdobyć ten ogrzewczy środek. Przeszliśmy jakimś cudem Targową ulicą, bo tam zawracali i nie pozwalali już przekraczać ulicy Targowej no i zameldowaliśmy się gdzieś w okolicy kościoła starego, czyli tutaj tak ulica Ratuszowa, na teren Ogrodu Zoologicznego tam, tam żeśmy penetrowali różne domy, budynki bo wiedzieliśmy że w jakimś pawilonie, po godzinie znaleźliśmy ten budynek. Nie to, że nas ktokolwiek zobaczył, ale zaczął się ostrzał artyleryjski niemiecki. Staliśmy następne pół godziny z duszą na ramieniu, bo się pociski naokoło rozrywały, ale przetrwaliśmy to. Załadowaliśmy proszek w sanki, takie sanki mieliśmy na płozach, ale z oparciem więc dużo tych pojemniczków weszło. No i już spokojnie dotarliśmy do domu. Już grzewczy środek mieliśmy na noc, na noc – zimno było jak diabli, więc każdy dostawał po takiej paczce. No i starczyło to tego ogrzewania na około dwóch tygodni. Zawsze było najgorsze wejście pod taką zimną pierzynę, jak już się człowiek tak trochę od tej paczuszki ogrzał, to wydawało się, że jest upał. Własne ciało więc potem ogrzewało te pościel. A to takie ciekawostki jeszcze z końca.
