This is additional content area. Learn more
Wiesław Wencel: Ale, ale muszę panu powiedzieć – ja potem to wyczytałem jak to było, ale na własne też, na własnym… z własnego doświadczenia widzieliśmy jak jednak Niemcy– zarządzali tym nieporządkiem wojennym. Naprawdę no – były przepisy, które mówiły, że ci uciekinierzy jeśli przyszli do wsi mieli się zgłaszać do sołtysa, sołtys musiał wskazać kwaterę, musiał wyznaczyć kto, jeśli było małe dziecko, będzie dawał mleko, i tak dalej. Tak to nie było tak, że ludzie tego. I to było egzekwowane w jakiś sposób przez Niemców, bo to było wykonywane. Myśmy, pamiętam, w takiej wsi Rembusz zatrzymali się, zatrzymali się w jakiejś takiej połowie domu, połowie domu no i tam, tam chyba dłużej byliśmy, właśnie zimą. W połowie domu. I co jeszcze, i co jeszcze właśnie o tej organizacji niemieckiej. Tam był, w tej wsi był posterunek niemiecki. No nie w każdej był, ale tam jakoś z jakichś powodów był posterunek niemiecki. I któregoś dnia pamiętam jakiś taki łomot – wybiegliśmy, mama też wyszła przed dom. Przyjechał wóz niemiecki, to byli Niemcy nawet. Takie kloce drewna popiłowane i przywieźli nam na opał. Tam no sporo to taką górę tego drewna. No pokazuje, że to… nie wiem, no mama była młoda, ładna kobita no. 30 letnia więc… w każdym razie przywieźli, znaczy nie musiała mama mieć żadnych, w ogóle żadnego typu kontaktów, no po prostu podziękowała. Rodzice się uczyli niemieckiego, więc tam mogli się troszkę rozmówić w tych sprawach codziennych. Nie, nie. To ja nie wiem czy to oni mieli obowiązek, czy to z sympatii – widzieli, że są małe dzieci. Trudno powiedzieć, no. Potem pamiętam mamę jak rąbała jak mężczyzna w tacie spodniach sztuczkowych od garnituru w które weszła! A kiedyś była tęga. I rąbała siekierą te drewno. A ludzie tam… no pomagali ludzie, tak, tak, tak. No ogólnie, ogólnie… jakieś takie wrażenie moje i matki zresztą z opowieści, że w sumie, w sumie to spotkała się raczej z pozytywnym… no zresztą wie pan, nie ma się co dziwić – rzadko kto byłby obojętny jak widzi kogoś z trojgiem dzieci i jednym niemowlakiem, to już, to już jest tak. Jeszcze opowiem taką, coś ciekawego. W którymś momencie, a to była jesień. Było straszne błoto, pewnie był listopad. Szliśmy jakąś taką, przez jakąś taką wioskę, pamiętam, że tak były ładnie domki pomalowane – jakieś żółte, płoty takie kolorowe, ale to wszystko taka błot… takie wydeptane ścieżki suche i takie błoto w środku okropne rozjeżdżone wozami. I tam mama pchała ten wózek z bratem, i w pewnym momencie ścieżką po drugiej stronie tej drogi Niemiec sobie szedł. Oficynier oczywiście, wyglancowane oficerki jak z igły z owczarkiem, z pejczem… znaczy nie z pejczem, tylko tą smyczą. Pies był niezapięty, szedł sobie luzem. No jak tak się, jak już tak był mniej więcej prawie na wysokości, to spytał mamę: „Nach spazieren?”, a mama mu po niemiecku, właśnie mu odpowiedziała: „Życzę panu, żeby pańska żona też na taki spacer poszła”. Tak tą smyczą się, po bucie tak trzasnął i poszedł.
