Jerzy Pustoła: Jak tutej przyjechaliśmy, na dworzec ten, który tam jest przy ulicy Towarowej. Była godzina tak już w październiku, no już ciemno było – a myśmy na Pragę chcieli się dostać. I były, i były furmanki, po prostu zarabiali sobie ludzie. Ten, ten, ten furman gdzieś nas zostawił na Targowej gdzieś tam, musieliśmy kawałek jeszcze podejść. Mieliśmy jakieś rzeczy. A najcenniejszą rzecz tośmy mieli w pudle proszek DDT – na wszy. Bo jak, już do… Amerykanie nas oswobodzili, to myśmy wszyscy byli strasznie zawszeni. Ja na przykład tutej na piersiach to miałem rany, bo drapałem się w nocy. To wszy gryzły… i co? I to było takie naj… I! Amerykanie pierwsza rzecz, jak myśmy się z nimi skontaktowali, to oni mieli takie – szpryce i ten proszek DDT wpuszczali nam we włosy, i ten… I pierwsza noc, jak się położyłem w jakimś bunkrze, już Amerykanie nam dali, gdzieś to… spać. To w nocy poczułem, że po mnie te wszy chodzą, uciekają tak, tu po rękach, brat mówi to samo, mówi „słuchaj, coś tu jest takiego”. I myśmy od tego, od tej nocy, nie mieliśmy wszy. I to, i to było niesłychanie ważne, no przecież to wszy gryzły i… No więc im człowiek bardziej uprał koszulę, to tam więcej wyłaziło rzeczy z tej koszuli, także… Więc proszek mieliśmy w pudle i wieźliśmy tutej do Polski jako najcenniejszą zdobycz. Bo nie wiedzieliśmy czy to tu jest czy nie.