This is additional content area. Learn more
Lubomir Skowroński: Ja się wrócę może jeszcze do czasów okupacji. Moja matka usiłowała dorabiać troszeczkę do budżetu domowego i w związku z tym, ponieważ ojciec pracując w tej stolarni to zarabiał 300 zł, a dla informacji kilogram słoniny kosztował 150 zł. Chleb na czarnym rynku, kilogram, kosztował 14 zł. więc te 300 zł to było mało. Jeżeli pracował po 36 godzin, no to zarabiał 600 zł. 2 razy więcej. No ale to wszystko jedno, to było mało. Więc moja matka zaczęła próbować piec chleb. Raz, że byłoby dla domu i żeby było na sprzedaż jeszcze. Ale paliła w kuchni tymi wiorami więc trzeba było całą noc siedzieć, garścią podrzucać tych wiorów, żeby piekarnik był nagrzany. Skąd się brało zborze? W tejże Zbrojowni, Niemcy zajęli na magazyny ale zrobili tam również magazyny zbożowe. Byli zatrudnieni polscy robotnicy. Oczywiście żandarmeria stojąca na bramie była przekupiona i oni sypali sobie w kalesony te zboże i na takich wyprostowanych nogach, z zawiązanymi troczkami to od razu było widać, że coś, prawda, niosą. No ale, tak jak wspomniałem, żandarmeria, która pilnowała, czy to Wermacht, trudno mi powiedzieć, w każdym razie… Wermacht pilnował. Szła dwa domy… kiedyś była kaplica Matki Boskiej z Lourt na ulicy Szwedzkiej róg Wileńskiej, tam za domem księży Marianów był dom mieszkalny na parterze. Przychodzili ci robotnicy, troczki rozwiązywali, wysypywali to na ziemię, pani, która miała tak zwana melinę zbierała te żyto i sprzedawała. No i myśmy po te żyto jeździli do tej pani. Przywoziliśmy tego żyta. No trudno mi powiedzieć czy to było 10 kg czy ileś… też jako dzieci byliśmy wystraszone, przynosiliśmy to w rękach, więc pewno nie więcej. A jak była zima to braliśmy sanki i na sankach ten woreczek się wiozło. Później handlowaliśmy troszkę bimbrem. Braliśmy na Czynszowej był taki pan, z melasy pędził bimber. Myśmy przynosili gąsiorek 4-litrowy i menzurką sprzedawaliśmy na setki, ćwiartki, jak się tam trafił, zawsze jakieś tam pieniądze z tego były. Dodatkowe. Ale jeszcze znajoma, która mieszkała w naszym domu, była obrotna kobieta, zaproponowała naszej mamie żeby jeszcze mydło zaczęła gotować. No i tak się ściągało te różne surowce do tego gotowania mydła. Sodę kaustyczną i jakieś tam stearyny, parafiny czy coś, już nawet nie wiem, no i w kotle od bielizny się gotowało żeby powstał taki placek grubości gdzieś tam 6-8 cm, który się później kroiło na kostki i sprzedawało jako mydło.
