This is additional content area. Learn more
Wiesław Wencel: Też jedno przeżycie w jakiejś miejscowości, której nie opiszę, które mnie… znaczy… bestialstwo wyrażone w sposób, który do mnie jakoś bardziej dotarł, niż o następnym zdarzeniu o bestialstwie, które widziałem, nie, nie bestialstwie, o przykrych obrazach, które widziałem w następnym. To o tym chce opowiadać. To w jakiejś wsi się zatrzymaliśmy, jakiejś chałupinie, żeby można skorzystać z… z ognia. Po drodze jak szliśmy, to minęliśmy zabitego konia. No i mama wysłała brata i mnie, jako brat był starszy 2 lata, jakiś kozik w ręku miał, żeby wykroił z tyłka kawałek mięsa tego konia. No okropne to jakoś było, no ale wiem – brat był dzielny mężczyzna i wyciął kawałek tej koniny z tyłka. Wróciliśmy do domu, mama jakieś tam ziemniaki od gospodyni dostała no i tam te mięso dusiła, żeśmy zjedli. A jak już skończyliśmy jeść, to mama zmywała naczynia. Nagle jakieś wrzaski, krzyki. Wychodzimy przed dom… przyjechało, przyjechali ci, SS. Czarni. W czarnych mundurach, samochody, te, takie terenowe, te półciężarówki i tam: „Raus! Raus! Fafluhten, donner weter” tam tego przeklinali. Chodziło o to, żeby wszyscy opuścili domostwa, widocznie tam mieli stacjonować czy się bronić, nie wiem co. I… no my byliśmy spakowani i … no i zamieszanie oczywiście. I jakaś, to nie nasza gospodyni, jakaś inna, starsza, taka staruszka niosła takie talerze. Chciała je gdzieś schować, może do piwnicy czy coś. Szła z takimi talerzami, tym i taki oficer, bo w butach tych z cholewami, podbiegł i tak kopnął je, w te talerze od spodu, te wszystkie talerze, co dla mnie było czymś tak nieludzkim! No nie wiem, ja to odczułem jakoś, jakoś… no jako jakoś szczególne bestialstwo jakieś takie. Właśnie to. No w końcu ani jej nie zabił, ani nie. Ale to jakieś mi się… no bo to było bezsensowne! Bo to to, chyba ten bezsens, prawda. Bez… tego czynu, jakoś tak no człowiek tak to odebrał. No i żeśmy się tam zwinęli. A o tym drugim mówię, to w Nowym Dworze już było. Mieszkaliśmy… aha, w specyficzny sposób. Mieszkaliśmy w takiej wiejskiej chałupie, nie wiem, tam gospodarzy w ogóle nie było… myśmy mieszkali w kuchni, a za nami, to była kuchnia przechodnia, mieszkali podoficerowie niemieccy młodsi. I o tym powiem dalej, bo to też bardzo ciekawe. W każdym razie no tam stacjonowała jakaś jednostka. Samochody były, w takim… pokopane były takie, takie doły, no żeby one tam, one były częściowo osłonięte. Myśmy tam biegali kraść te, takie były kloce ładne pod koła, żeby tam się nie staczały, myśmy te kloce kradli na opał. Tam ganiali, nikt do nas nie strzelał, ale wrzeszczeli ci wachtmani i tam nas przeganiali. No i… no ale tam było to. Ale za ubikacjami, takie były latryny wojskowe, po prostu leżeli zabici Niemcy. To była zima… a leżeli w papierowych ubraniach. Bo wszystko było cenne. I leżeli tak poukładani jak sągi drewna, pozamarzani tak w jedną i w drugą, i taki stosik pamiętam był. Tam na 4 może, na 4 jednostki wysoki. No tam: O Jezu! Trupy, trupy. Ale muszę powiedzieć, że to w stosunku do tego Niemca kopiącego w talerze to było, to było przeżycie mało jakoś, mało, mniej dramatyczne.
