Sławomir Popowski: Najczęściej te ubikacje (będę używał określenia ubikacje bo trudno to było nazwać toaletą), te które były np. na podwórku, to ci, którzy musieli z tego korzystać najczęściej mieli swój klucz. Klucz zawsze był u dozorcy ale oczywiście konflikty na tym tle – bo jak ktoś zgubił czy coś takiego- zawsze mogły mieć miejsce. Na podobnej zasadzie mogły być problemy, jeśli ubikacja była po prostu na piętrze, zawsze się to mogło zdarzyć. Natomiast regularnie był problem ze strychem – bo to się tak nazywało, nie mówiło się poddasze tylko mówiło się strych. Na strychu najczęściej było miejsce do suszenia bielizny – dzisiejsze pokolenie nie wie na czym to polegało, a to była wielka w ogóle operacja. Pralki Frania dopiero się pojawiały, a normalne pranie polegało na tym, że trzeba było wyprać nie tylko na tarze na balii ale jeszcze trzeba było wygotować w kotle, wysuszyć na strychu po czym zawinąć w belkę i zanieść do magla. To przed świętami Bożego Narodzenia i przed świętami Wielkanocy był oczywiście ścisk i spory o to, kto może powiesić. Nie tylko kto może powiesić ale jeszcze nie daj Boże komu coś zginęło. Znaczy moja sytuacja była w ogóle szczęśliwa, bo w tej kamienicy na Kawęczyńskiej 34 mieliśmy nie tylko strych, ale mieliśmy pralnię. Specjalne pomieszczenie na pralnię, gdzie rzeczywiście była balia, trzeba było mieć własną tarę, była kuchnia węglowa w której się paliło własnym węglem, gotowało, przepuszczało przez wyżymaczkę. To co było łatwiejsze do wyprania to już była Frania, więc można było to zrobić a resztę się tarło na tarze. Były sklepy o których już dzisiaj mało kto pamięta np. do płukania trzeba było użyć farbki. Farbkę się kupowało w mydlarni. W mydlarni kupowało się też szare mydło z jeleniem. Jakichś tam wymyślnych – nie wiem Persil nie Persil jakieś super proszki to to było nieznane. Była mydlarnia gdzie się po prostu kupowało szare mydło. Potem się pokazały Radion, Pollena i inne proszki, oczywiście tak. Były też pierwsze perfumy polskie. Moja mama pamiętam twierdziła, że najlepsze mydełko to jest mydełko Pixi – najlepsze na cerę i to było mydełko w takim jak gdyby sztyfcie- czyli nie normalnie tak pakowane, tylko w sztyfcie. Proszę sobie wyobrazić że kiedy mieszkaliśmy jeszcze na Kępnej mieliśmy swoją piwnicę; nie u siebie tylko w sąsiedniej oficynie. Moja mama gromadziła tłuszcz i sodę i to wszystko przygotowywała że gdyby doszło do wojny to będzie można z tego zrobić mydło. I wiadro zawsze było. W piwnicy trzymało się węgiel, trzymało się ziemniaki na zimę i stało to wiadro właśnie z tym tłuszczem z sodą, żeby w razie czego przerobić na mydło. Proszę sobie wyobrazić, kiedyś jeszcze – nie wiem który to był rok, 53-4, zachorowałem na zapalenie płuc. To penicylinę – żeby mnie z zapalenia płuc wyprowadzić mama kupowała na bazarze Różyckiego od pokątnego handlarza, nie w aptece. Nie wiem dlaczego czy w aptece była niedostępna- wiem że szła na bazar Różyckiego bo tam mogła kupić najłatwiej i najszybciej.