Sławomir Popowski: ja kiedyś złośliwie powiedziałem, że co miesiąc ktoś tam tracił nogę. Mianowicie to było skrzyżowanie Targowej i Ząbkowskiej. Wtedy jeszcze 25, które jeździło na Kawęczyńską do bazyliki, tam gdzie dzisiaj 7, nie skręcało w stronę Dworca Wschodniego, bo jeszcze nie było przejazdu, tylko skręcało właśnie w Ząbkowską. Z drugiej strony jechała na Radzymińską 5. I tam najczęściej dochodziło – nawet nie to że tramwaje się mogły zderzyć, ale po pierwsze te tramwaje wyglądały zupełnie inaczej, po drugie tamto miejsce zawsze było zatłoczone, był olbrzymi ruch ze względu na bazar Różyckiego. Poza tym trzeba pamiętać jak się wtedy jeździło na Pradze i w okolicach, to nie były dzisiejsze tramwaje. Jak była jakaś impreza na stadionie 10-lecia albo w godzinach szczytu to jeździły tzw. „winogronka”- środek był zatłoczony, albo nawet jeśli nie był zatłoczony to wszyscy i tak na stopniach wieszali się, bo wtedy nie płacili, albo jechali na tzw. „cycku”. Cycek to było taki wystający- tam gdzie trzeba te tramwaje połączyć ze sobą jest taki występ, czasami taka przesuwająca się wajcha. No i stało się na tym i się jechało. Normalne było jeszcze wtedy ćwiczenie zwłaszcza dla młodych, czyli wskakiwanie i wyskakiwanie z tramwaju. Były dwie szkoły: ta szkoła podstawowa, elementarna, to było po prostu wyskoczyć normalnie, prawda, czyli wyskakujemy twarzą w stronę kierunku kierunku jazdy tramwaju. Natomiast ta bardziej kwalifikowana i taka bardziej charakterna – teraz bym powiedział „cool”, to było trzymając się tutaj wyskoczyć tyłem. I to był już ktoś dobrze wyćwiczony. Więc ja się nie dziwię że wtedy bardzo często dochodziło tam do wypadków.