This is additional content area. Learn more
Bohdan Wróblewski: Wie pan, to było prawdopodobnie tak, że ja gdzieś chodząc do szkoły średniej, gdzieś chyba znalazłem, zobaczyłem książkę, która mi się podobała i kupiłem ją po prostu. I z tamtego…i to nie było dużo książek, jedna, dwie książki, ale bardzo często JMS jak te 3 literki były, to już wiedziałem że Szancer. I on był taki wyróżniający się spośród tych innych ilustratorów. No i powiedziałem sobie, że no chciałbym ilustrować książki i chciałbym u niego ilustrować. Szancer był łysy taki, prawda, wysoki, z takim dość wydatnym nosem, Szancer, tak. No a ja to później, dopiero bo chyba za rok dopiero musiałem zdawać, no więc się zgłosiłem do niego no i… aha, jeszcze żeby się utrzymać na tych studiach ja zawzięłem się i powiedziałem: No muszę jakoś przezwyciężyć te swoje nieudolności, i na wakacje jak wyjeżdżałem, to przywoziłem z wakacji 2 tysiące rysunków, szkiców, gdzie rysowałem, i zresztą pokaże panu tam bo mam te z tych czasów – rysowałem wszystko. Rysowałem ludzi na przystankach, a i to wie pan – trzeba było tak szybciutko piórkiem tam czy pędzlem, czy… rysowałem ludzi na przystankach. Rysowałem… cała rodzina musiała na chwileczkę zaczekać: To ja cię narysuję, prawda. Oczywiście to był tylko szkic, ale chodziło o złapanie ruchu, złapanie charakteru. Wiele osób poznawane było, mimo że twarz nie była wyrysowana, to kto to stoi, bo każdy miał swoje charakterystyczny sposób bycia, stania. Psy, koty, na wsi, kury, zmokłe kury jak deszcz padał, prawda. No wie pan – wszystko co było do narysowania to ja rysowałem, przecież były stosy tego. No i do Szancera jak ja szedłem to zaniosłem mu te szkice. Szancer zobaczył, mówi: „Fajnie. Zostajesz tutaj”, no i tego, i tak żeśmy zaczęli. No a w czasie studiów no to robiłem tak, że jak były na przykład ferie, te zimowe, to ja zrobiłem makietę książki i przyniosłem Szancerowi później i pokazałem. No i tak zaczęło się. Potem dostałem stypendium nawet mimo że się nie starałem o nie. Ale z tych innych przedmiotów to tak było raz lepiej, raz gorzej. Bo to mnie to mało interesowało, ale ilustracja mnie interesowała. No i tak się złożyło, że kiedy kończyliśmy studia profesor Szancer wybrał 6 osób ze swoich tam… w tym ja się znalazłem też. Nawet profesor stworzył z nami tak coś w rodzaju takiego zespołu artystycznego, który miał być zarejestrowany, bo to była taka – niby zalążki takiej inicjatywy, że to plastycy, to będą mogli coś swojego wydać, zareklamować. Ale popadliśmy w tarapaty, bo profesor się nie znał na tych podatkowych, a przecież państwo gnębiło jak mogło tymi podatkami. Coś zrobiliśmy co się okazało nielegalne później i żeśmy wszyscy mieli masę kłopotów. Ale… a profesor był jednak, on był i w telewizji, przecież był tym dyrektorem artystycznym pierwszej tej, tej telewizji i profesor był również… dyrektorem artystycznym, w biurze wydawniczym Ruch. To było takie duże dość wydawnictwo w Polsce Ludowej, na Wilczej się mieściło. Była nasza księgarnia, no to była taka bardzo tam dla dzieci, była… profesor był tym artystycznym i zaczął nas wciągać w to. Więc pierwsza książka, którą ja dostałem do zilustrowania, to była „Ptaszki pana Szambelana” Hanny Januszewskiej. A i jeszcze tam, ja już miałem takie zacięcie modelarskie, więc zrobiłem tam takie jakieś tam ustawianki, które były strasznie trudne, bo dzieci… wtedy Polska przecież Ludowa miała strasznie prymitywne te, te wszystkie poligraficzno-techniczne urządzenia. No ale jakoś tam to wydali, a potem dostałem Wanda Chotomska, taka znana pisarka, dostałem „Tadek Niejadek”, taką książkę. No i wydałem ten „Tadek Niejadek” bardzo… nawet mam tutaj te książki. No a później zaczęły się inne książki, ale ja – okazuje się – że ja się zaczepiłem w wydawnictwa handlu zagranicznego. Tu jest mój „Tadek Niejadek”, już starocie. Jak było moje pięćdziesięciolecie, to powiedziałem że ja właściwie całe życie to się bawiłem, że to była moja zabawa. I to jest, wie pan, wielkie szczęście, że człowiek może to co kocha, to robi.
