Zdzisław Świerczewski: Więc będzie to opowieść o wujku Czesiu i jego przyjacielu Józefie, obydwaj z Targówka Fabrycznego, z ulicy Klementowickiej. Gdyby ktoś się zapytał, czy jest coś ciekawego na Targówku Fabrycznym z punktu widzenia historii Warszawy i czy można tam zaprowadzić turystów zagranicznych. To odpowiedź byłaby taka, że może jest tylko jedno miejsce. To kościół Zmartwychwstania Pańskiego zbudowany już ze 100 lat temu na bazie podkładów kolejowych. Wielu tam było proboszczów aż do roku 2003, kiedy proboszczem został ksiądz Tomasz Will. Wiadomości w internecie podają, że jest nim do dzisiaj. Ksiądz Tomasz Will 20-go stycznia 2008 roku rozmawiał z Tygodnikiem Powszechnym, a Tygodnik Powszechny relację tą opublikował. Zainteresowało mnie, co też ksiądz mówił o ludziach, o parafianach z Targówka Fabrycznego. A mówił tak, i tu cytuję: „W kościele przez całą niedzielę zbierało się nie więcej niż 200 osób, czyli 15 procent parafian. Tu więcej nie praktykuje”. A dlaczego? „Bo nie mają, mówił ksiądz, odświętnych ubrań albo odsypiają nocną zmianę albo piją albo mają kaca albo zbierają złom albo tłuką konkubinę albo nic im się nie chce. To zrozumiałe w dzielnicy, która jest jakby jej nie było”. Koniec cytatu. Wujek Czesio – Targówczanin z krwi i kości tylko częściowo pasował do tej charakterystyki: miał odświętny garnitur, nie pracował na nocną zmianę, nie zbierał złomu, nie miał konkubiny, więc nikogo nie miał, co bić, kochał żonę i wiele mu się chciało i w jednym tylko byłby zgodny z księdzem Willem, bo w niedzielę rano zawsze miał kaca, więc rzadko odwiedzał kościół. A tak naprawdę to wujek Czesio, świeć Panie nad jego duszą, bo umarł, gdy miał 55 lat, był porządnym i fajnym człowiekiem. Był tapicerem wysokiej klasy, a poza tym umiał robić zabawki z drewna, niepowtarzalne, wymagające setek godzin pracy i te zabawki zawsze na Wigilię składał pod choinkę dla mnie. A ja miałem wtedy 5, 6 czy 7 lat. Dlatego tak lubiłem wujka Czesia. Pamiętam jego donośny głos, gdy śpiewał kolędy na rodzinnych Wigiliach. Wujek Czesio mieszkał na ulicy Klementowickiej. Wówczas była to nie pisana granica Targówka Fabrycznego, w małym domku z ogródkiem. A po sąsiedzku mieszkał jego przyjaciel, też w domku z ogródkiem, o imieniu powiedzmy Józef. Nie mam upoważnienia, by wymieniać prawdziwe nazwisko i imię, więc ich nie wymieniam. Mieszkał wraz z żoną. Nazwijmy ją panią Józefową. Zbliżał się front i wojska radzieckie w sierpniu 1944 roku były tuż, tuż pod warszawską Pragą. Pani Józefowa postanowiła przywitać wyzwolicieli tym, co było dla nich najsmaczniejsze, to jest samogonem, czyli bimbrem. Zdobywa lub miała może duży gąsior, pewnie ze 20 litrów pojemności, napełniła go bimbrem i czekała na wyzwolicieli. Trzymać go na widoku? To znaczy, byłoby to lekkomyślne. Pan Józef, mąż, jego przyjaciel – wujek Czesio przeszkodziliby na spełnieniu jej gościnności wobec wojsk radzieckich i polskich wyzwalających Pragę, więc ukryła ten gąsior w miejscu bezpiecznym. W tym czasie ludzie kryli się w piwnicach swoich małych domków, bo pociski, a czasem i bomby padały gęsto. Wujek Czesio i pan Józef w tych sytuacjach okazywali i obywatelską odpowiedzialność i nieprzeciętną odwagę. Wynurzali się z piwnicy, by zbadać, czy coś się nie pali, czy ktoś nie woła pomocy, ale tak na prawdę to szukali gąsiora z bimbrem. W domu, przy komórce, czy nawet w śmietniku gąsiora nie było, więc gdzie się on podział? Oczywiście, Stara czyli Józefowa zakopała go w ogródku, do takiego doszli wniosku. Wujek Czesio i pan Józef zrobili sobie bagnet z drutu i niemal centymetr po centymetrze dźgali glebę do 50 centymetrów głębokości w celu znalezienia gąsiora. Trud nie był daremny, znaleźli. I odkopali wierzchnią warstwę ziemi, ale wyciągnąć gąsiora z ziemi, by napełnić szklanice, a potem go pochować, zasypać, zamaskować, to wiele czasu, którego nie mieli. A byli przecież fachowcami. Znaleźli więc rurkę gumową, którą wpuszczali w gąsior i czerpali z niego należne im korzyści. I gdyby wojska radzieckie i polskie się pospieszyły miałyby i one też wymierną korzyść. A tak wujek Czesio i jego przyjaciel Józef zdążyli opróżnić cały gąsior do dna. Gdy już nic nie stało, to wojska sojusznicze dokonały wyzwolenia Pragi. Pani Józefowa, tak jak zamierzała rozlała rzekomy bimber w szklanice i poczęstowała pierwszy oddział swych wyzwolicieli. I tu niemal nie padła przysłowiowym trupem. Gdy z ich ust usłyszała: „I szto wy, wasza mać. Ugaszczajetie nas wadoj, u nas wady dostatok”. Co się stało potem, jakie restrykcje pani Józefowa w zmowie z panią Czesławową zastosowały wobec swoich mężów, to niech już to pozostanie tajemnicą poliszynela.