This is additional content area. Learn more
Stanisław Brzostowski: Zakąski?
Prowadzący: Tak, zakąski.
S.B.: No przede wszystkim to się szło na pieczarki. Chińczyk, to jego była specjalność, na rogu Wolskiej i Młynarskiej. Te pieczarki najlepiej nam tam smakowały, a potem on się przeniósł do kulasów, to znaczy do tych inwalidów, słynnego baru i urzędował na Foksal i myśmy tam chodzili do niego na, na te pieczarki.
P: To były pieczarki, ale to razem z wódką…
S.B.: Pieczarki były… no panie ! (śmiech) na czczo?
P: Bardzo ładne określenie, też u Wiecha bardzo często wymieniane.
S.B.: No a jak!
P: Że jeden przyszedł lekko naoliwiony, a drugi też nie był na czczo. A minogi? Jadł Pan kiedyś minogi?
S.B.: No jak to, fantazja. W beczułkach specjalnych…
P: No dobrze to pieczarki, minogi można by było zaliczyć, co jeszcze?
S.B.: No i flaki.
P: Gdzie były?
S.B.: Na Marszałkowskiej róg Wspólnej. Tam się zjeżdżali ludzie na te flaki.
P: Z całej okolicy?
S.B.: Tak.
P: Takie słynne flaki?
S.B.: Takie słynne. Tylko …
R: To powtórzmy.
S.B.: Flis.
P: I tylko miał te flaki w repertuarze? No miał też pewno inne rzeczy?
S.B.: W dziewięćdziesięciu procentach były flaki, tylko flaki.
P: No dobrze, pieczarki, minogi…
S.B.: I poza bazarem no, bazar też.
P: A no właśnie?
S.B.: No bazar był kolebką flaków. „Do flaków, do flaków, do flaków, pyzy, pyzy, pyzy…” (śmiech)
P: A te pyzy były…
S.B.: Były nadziewane i nienadziewane.
P: Dwa rodzaje?
S.B: Z kluseczkami.
P: A no właśnie. Jak Pan postrzega w ogóle spożywanie alkoholu, czy to było bardzo destrukcyjne, na przykład dla rodzin, czy to był taki rytuał, który był ważny po prostu dla mężczyzn i on musiał się odbyć, żeby nie wiem co?
S.B.: Przecież to nie było żadnej uczty, żadnej wymowy jak się masz, no. Żadnej tradycji, żadnej, nic z tego. „Parle, parle sucho w gardle” no i koniec, to była anegdotka.
P.: A teraz chciałem Pana zapytać „farmazoniarz” spotkał się pan z takim słowem?
S.B.: No farmazony wstawiać tak, to znaczy opowiadanie takie (śmiech), że im się nie podobało i tak dalej, to farmazony.
P: Farmazoniarz na przykład to był tez człowiek, czy Pan o nim słyszał, który podobno sprzedał Kolumnę Zygmunta?
S.B.: Owszem, pamiętam opowieść, że podjechali po te… (śmiech). A kto sprzedawał i tego to… nie wszystko zapamiętałem no. Że się z tym stykałem – tak.
P: Podobno oni też potrafili na przykład wynająć miejsca siedzące w tramwajach, albo sprzedać tramwaj ? To jest fakt? Fakt czy mit czy legenda?
S.B.: Fakt, fakt był, kupowali to no. No przecież jeżeli znajomy był strażnikiem i miał kolegów , to mu zęby sprzedał jednemu (śmiech). Wyjmują zęby, a tamten nie miał i mu te zęby swoje sprzedał. I ten kupił.
P: Ale dlaczego kupił zęby od kogoś?
S.B.: No to jego się trzeba zapytać, ale kupił.
P: No bo co…
S.B.: I był taki fakt.
P: Kupujący nie miał pełnego uzębienia …
S.B.: W ogóle nie miał uzębienia i ten drugi, który wymienił protezę miał tą starą, to mu sprzedał.
P: Też jest fakt. Podobno był alfons Cynian, taki, tak się nazywał, słyszał Pan? W międzywojniu, taki słynny właśnie farmazoniarz, którego się podejrzewa
o to, że właśnie tą kolumnę Zygmunta sprzedał, albo Dworzec Główny wynajął…
S.B.: No z detalami mógł być, że to był, to było, ale kto to sprzedawał i tego, to…
P: Ale ogólnie byli tacy farmazoniarze?
S.B.: Ale bezwzględnie, że byli, no.
P: Czyli to byli, można powiedzieć takie cwaniaki, którzy żerowali…
S.B.: Nawet była okoliczność. Nitkę przyczepiali, rzucali na chodnik z monetą dziesięciozłotową czy dwudziesto i facet podnosić, podnosił i wprowadzili go w bramę i w bramie go okradli. Najlepiej chłop przywiózł jajka no to kupiec się znalazł, no to jak będzie liczył, kazali mu koszulę ściągnąć i na koszulę, żeby liczył te jajka i jak już ta koszula prawie pękała to oni odeszli i jajka mu się wysypały.
P: A był Pan jeszcze świadkiem jakiś takich na bazarze, nazwijmy to, przekrętów? No na przykład, że sprzedano komuś zegarek, gdzie nie było żadnego mechanizmu w środku tylko wskazówki w ogóle były przyklejone tylko do cyferblatu? Albo słyszałem, że ktoś chciał kupić gęś, a oni złapali jakiegoś bociana i go tam pomalowali, dziób mu obcięli i sprzedali jako gęś komuś i kupił i to poszło.
S.B.: Znałem faceta, który na Kercelaku łapał wróble malował na kanarki i sprzedawał, no to znałem osobiście go, no.
P: No co pan mówi?
S.B.: No stwierdzam fakt. To, to pokrywa się z tym co pan powiedział, tak. Najlepiej w Falenicy tam przychodzili faceci, zaprawka tego i wyskakują w pewnym momencie we trzech. Co zauważyli? Łeb psa ze skórą wyjrzał spod łóżka i ona przygotowała zakąskę. Psy łapała i zakąska była.
P: Aha, w jakiejś restauracji w Falenicy to się działo?
S.B.: Na Mecie no.
P: Na Mecie?
S.B.: Meta, no.
P: Meta, meta w Falenicy?
S.B.: Tak.
P: Właścicielka przygotowywała zakąski z …
S.B.: Z psa.
P: I oni się zorientowali?
S.B.: Stwierdzili, bo wyglądał spod tego łeb psa ze skórą. Już straciła klientów.
