Zdzisław Świerczewski: Mieszkałem na Targówku Fabrycznym do 26 roku życia, więc i tam spędziłem dzieciństwo do zaawansowanej młodości. Targówek nie cieszył się dobrą sławą. Mówiono o nim, że jest to dzielnica oprychów i noża, że jest on tam, gdzie diabeł mówi dobranoc i że nie zawsze wraca się stamtąd cało. Taka opinia pokutuje do dziś, bo wziąłem ją z internetu. Czy słuszna to była opinia? Pewnie tak, ale trochę i nie. Chcę zatem opowiedzieć o takim jednym, którego wówczas można byłoby nazwać oprychem. Opowiadano wśród znajomych, że na naszym Targówku Fabrycznym działa młodzieżowa banda napadająca na przechodniów w celu wymuszania pieniędzy, nie gardzi też dobrą jesionką, a także, podobno trudni się złodziejstwem i nie gardzi też skokami na wagony towarowe przejeżdżające przez Targówek. Był rok 1943. Miałem wówczas piętnaście lat. Była godzina, parę minut przed ósmą wieczorem. O ósmej rozpoczynała się godzina policyjna. Chyba była późna jesień, bo szedłem w jesionce. Mieszkałem na ulicy Księcia Ziemowita, właśnie wkroczyłem z ulicy Naczelnikowskiej na ulicę Księcia Ziemowita. Do domu nie dalej jak 40 metrów. Było pusto na ulicy. I oto z bramy, jakby zza węgła wyskoczyły trzy postacie. Jeden z nich, bo byli to chłopcy w sile wieku, chwycił mnie za klapy i rzekł: „Ty, frajer, my jesteśmy potrzebowskie, dawaj zatem mamonę, co masz przy sobie, bo jeśli nie to zważaj koleś, że będziesz na amen załatwiony!” Mamony to ja nie miałem i Nie mam, odrzekłem, bo w istocie, gdyby przeliczyć na dzisiejsze czasy, to miałem wtedy niewiele jak 80 groszy. „A co tam dźwigasz za pazuchą?” zapytał, widocznie był to ich przywódca. A książkę, odpowiedziałem. „A co to za książka?” Pamiętam, bo szedłem właśnie z biblioteki, że autorem jej był niejaki Sergiusz Piasecki, a tytuł książki: „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”. Osobom, które mnie w tej chwili słuchają, a nie są biegłe w literaturze przedwojennej tego gatunku, pragnę wyjaśnić, że autor książki był wyższej klasy przestępcą i parał się rabunkiem, oszustwami, przemytem narkotyków, a nawet miał na sumieniu i morderstwo. Nie przeszkadzało mu to działać na zlecenie polskiego wywiadu w charakterze szpiega polskiego w ZSRR. Znał bowiem jak Rosjanin język rosyjski i do 17-tego roku życia ani słowa nie mówił po polsku. Przekroczył jednak granicę przestępstw i został wyrzucony z wywiadu, osądzony i skazany na karę śmierci. W więzieniu, bowiem zamieniono mu śmierć na więzienie, zaczął pisać książki. W książkach tych, otwarcie, bez osłony, opisywał swoje życie przestępcze. O tym była właśnie książka „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”. Książka została wydana i w Polsce i za granicą. Zrobiła wielką furorę. A on dalej siedział w więzieniu. Odsiedział chyba dwa, a może trzy lata i na skutek interwencji wielkiego, polskiego pisarza – Melchiora Wańkowicza, prezydent Mościcki ułaskawił jego, więc wyszedł z więzienia. To wszystko co, przed chwilą opowiedziałem, opowiedziałem też Mydłkowi. Bo jak się okazało przywódcą tej przestępczej grupy był chłopak, a właściwie już mężczyzna o pseudonimie Mydłek. Mydłek poczuł pewnie jakąś bliską więź z Sergiuszem Piaseckim. Zadecydował bowiem, że rekwiruje tę książkę. Starałem się mu wyjaśnić, że będę miał kłopoty, bowiem książka jest własnością biblioteki. Mydłek dowiedziawszy się, gdzie mieszkam, zobowiązał się po przeczytaniu zwrócić książkę, a kiedy nie umiał określić, bo nie znał swych możliwości w szybkości czytania. Może po dwóch, może po trzech tygodniach jednak zwrócił książkę. Chwaląc mnie też, że czytam takie fajne książki i zapytał, czy nie mam coś podobnego. I tak pożyczyłem mu i Sergiusza Piaseckiego – „Bogom nocy równi” i coś autorstwa Urkena Halnika, podobnego indywiduum do Piaseckiego i na tym wyczerpały się moje możliwości w literaturze, nazwijmy to kryminalnej. Powiedziałem Mydłkowi, że takich książek ja więcej już nie mam, ale mam inne książki. „A jakie”, zapytał się. No, Żeromskiego, odpowiedziałem. „Ludzie bezdomni” i „Wierną rzekę”. „Dawaj Bezdomnych” – mówi Mydłek. „Bo ja i moi kumple to tak na prawdę to domu nie mamy. A ten Żeromski to też jakiś miglanc?” zainteresował się Mydłek. Nie, to wielki, polski pisarz, odpowiedziałem. I w taki oto sposób stałem się bibliotekarzem dla Mydłka. Oczywiście miałem za to bezsprzeczną, bezpieczną swobodę poruszania się po Targówku, a także zobowiązanie Mydłka, ze jeśli będę sobie tego życzył, to oni każdemu za mnie, udzielą „odpowiedniej lekcji”. Ze wstydem muszę się przyznać, że jeden raz skorzystałem z tej oferty w stosunku do chłopaka, z którym razem pałaliśmy chłopięcą miłością do jednej dziewczynki, a tenże ile razy mnie spotkał, a był roślejszy i silniejszy ode mnie, to spuszczał mnie tak zwane manto. Poskarżyłem się Mydłkowi i od tego czasu chłopak mnie unikał jak ognia, a do tego odstąpił od amorów do naszej wspólnej miłości. Mydłek coraz szybciej czytał. Wszedł w literaturę prawdziwie piękną i co zauważyłem dyskutował ze mną mądrze i ciekawie na temat przeczytanych książek. I tak nadszedł sierpień 1944 roku. 25-go sierpnia Niemcy dokonując deportację mężczyzn z Targówka Fabrycznego i mnie wywieźli do Niemiec. Powróciłem w październiku 1945 roku na Targówek. Mydłka już nie zastałem. Gdzie się podział? Czy przeżył tę wojnę? Tego nie wiedziałem. Ale na tym opowieść o Mydłku się nie kończy. Oto i rozdział drugi, więc posłuchajcie.