Ewa Piasecka-Kudłacik: W otwartej aptece pracowałam, malutkiej. Kiedy przychodzi dziewczyna, zdawać by się mogło XX wiek, widać Pałac Kultury, środek Warszawy, tak? I pyta się, czy mam… przepraszając bardzo srom, albo skrom zajęczy. Znam trochę historię farmacji, wiedziałam o co jej chodzi, na pewno nie o srom, ale pytam się: „Po co? Nie ma czegoś takiego”. – „A bo mam… moje półtoraroczne dziecko” mówi „jeszcze nie chodzi, a babcia mi powiedziała, jak bym tym sromem albo skromem zajęczym posmarowała kręgosłup małego, to by nie tylko chodził, ale i biegał”. Więc to było autenty… Ja mówię: „Nie, nie, proszę pani, to naprawdę witamina A, lekarz”. – „A tam, coś kazał połknąć lekarz, nic nie pomogło. Pójdę na bazar Różyckiego, to sobie, to na pewno coś mi dadzą”. No pewnie że dadzą, oczywiste, że sprzedadzą jakiś smalec. Nota bene na bazar Różyckiego chadzałam jeszcze w trakcie studiów. Jeszcze najpierw w trakcie moich studiów były tam 2 zielarki, autentyczne babcie zielarki. Już w momencie kiedy skończyłam studia, no jeszcze w 80 latach, na początku lat 80 jeszcze była jedna, ostatnia zielarka, a nawet przyzwyczaiła się, że ja od czasu do czasu sobie na spacer tam do niej chodzę i robiła mi sprawdziany podsuwając ziółka i pytając się czy ja to wiem, czy ja to rozpoznam. Pułapki na mnie zastawiała. A dziwnym trafem ja kończyłam akurat taką specjalizację, więc… ale byłam pełna uznania dla niej, jej wiedzy, szybkości… sama zbierała zresztą zioła. No jeszcze w dosyć zaawansowanych 80 latach na płachtach rozkładała w kąciku, pamiętam nawet którym, swoje ziółka i zawsze klientki tam się koło niej kręciły.