Zbigniew Gajowniczek: W tym domu gdzie ja mieszkałem tam było mnóstwo małych knajpek. Restauracyjek takich mały, była jedna większa, taka dla lepszych gości, którzy mieli więcej pieniądzy, pieniędzy, prawda. Ale tych knajpek było mnóstwo, no bo przy każdym bazarze, zawsze są, ludzie handlujący muszą zjeść, prawda? Stalowa 41 z bramy, znaczy od ulicy, od Stalowej wejście było do restauracji, takiej lepszej restauracji. Nie pamiętam jaka to była nazwa. Ale to była nazwa tego właściciela. Ale już nie pamiętam jak on się tam nazywał.W bramie, wychodziło się przez bramę, po prawej stronie no była knajpa pana Mroczka, knajpka. Knajpka, taka nieduża knajpka, restauracyjka. No, można było zjeść, można było wypić, przede wszystkim wypić, no i zjeść i wypić. Dalej druga knajpka następna była, tam w środku w podwórku była też, prawda, następna knajpka tego nie wiem, ale była. To były 3 knajpy w jednym domu. Oczywiście bazar był i tak dalej no. To było dużo, to było dużo. A poza tym tam dalej było na rogu Szwedzkiej była knajpka pod Kapciem, Szwedzkiej i Stalowej, taka nieduża, też, taka jadłodajnia, taka malutka sobie tam tego. Sobie można było pójść, zjeść, spokojna knajpeczka taka tego. No i to wszystko było. Pod ręką było wszystko. Później, później – później, zrobili tak zwanego Pod Karpiem. Bar Pod Karpiem. Chyba 37 Stalowa. Do dzisiaj istniejący bar Pod Karpiem. Do dzisiaj. A on powstał gdzieś w latach 50. To był bardzo porządny bar. Czyściutko, elegancko. Głównym daniem to był dorsz z ziemniaczkami z kapustą kwaszoną – wspaniałe. Taki kawał dorsza było. Ale dlaczego – otóż na bazarze też handlowali, była tak zwana centrala rybna, gdzie na bazar w takich skrzyniach, takie skrzynie były długie i takie szerokie i to takie dorsze były. Mieściły się w skrzynie. No teraz takiego dorsza pan nie zobaczy. Tej długości i taki gruby. Pan tego nie zobaczy. A tam były takie dorsze, takie dorsze, takie grube dorsze. Teraz tego nie ma. Tam były takie ogromne dorsze, były! Wykarmione na tych Niemcach, co w Gustloff zjedli ich. W Gustloffie. Były ogromne dorsze. I kawał takiego dorsza z ziemniaczkami, z tego, 5,50zł kosztowało, pamiętam, myśmy sobie chodzili podjeść, no bo kurczę tanio, i wiesz. Bar Pod Żółwiem to był na rogu Marcinkowskiego i Targowej. Okropna mordownia. Kurna, panie! To było straszne rzeczy. To była mordownia! To było coś takiego, to Wiech by się kurna nie powstydził. Panie, to było coś niesamowitego. Panie, pod żółwiem, to tak można powiedzieć – furmani, prostytutki, takie gruziny, takie kurka wodna spod ciemnej gwiazdy chlali, pili i tego no. Kiedyś kumpel mi opowiadał, bo ja tam… tam wejść nawet nie mogłem, bo taki smród był, że można było się pawia puścić. Mówi: „Stoi facet przy tym, pije pije piwo i tak tego, wyjmuje fiuta i leje”. Panie! Dalej Marcinkowskiego dochodziła tu potem do portu, o taka tu krótka ta, a w tym porcie krzaki, to te prostytutki, takie stare, stare, młode i jakieś inne, okropnie wyglądające, panie, tych klientów tam, w kąty, w te krzaki ciągnęły, panie, tam się wszystko załatwiało. Straszne! To była taka mordownia, że coś niesamowitego.