Natalia Rafalska: Po pierwsze świeżo po okupacji, po tak zwanym wyzwoleniu to na końcu ulicy, w bramie, bo tam były dużo takie mniejsze, paskudne domy, w jednej posesji była krowa. Moja mama chodziła po mleko. Inne panie też. To się chodziło z garnuszkiem, miało się mleczko. Więc naprawdę inaczej to wyglądało, połowy tych domów nie było. Już nie mówię o tym, że kury. Kury się trzymało w domu. Nawet moja mama kiedyś tam miała kurę. No kury kończyły później marnie, w rosole. Ale kura była przywiązana za nogę i do taboreciku w kuchni. Ale to były właśnie czasy typu powstanie, po powstaniu, pierwsze dni po wyzwoleniu. No to naprawdę były ciężkie czasy. A sąsiadka, ta pani Zawadzka to miała taką wychowaną kurę, że kura wychodziła na podwórko, spędzała tam dzień, po czym wskakiwała tu po tych schodach i siadywała na wycieraczce i czekała aż ją wpuszczą, no. Przyzna pani, że jest to… o samej kurze warto opowiedzieć. Też skończyła marnie. Bo nikt się w takie rzeczy nie bawił, że tam kura oswojona.